Deprecated: Function split() is deprecated in /www/includes/admin_exe/teksty_exe.php on line 90
2b :: fotograf
alfabetycznie
wg autor
wg daty
wg miejsca
2b » tytuł roboczy » TR 008 » fotograf

fotograf

data publikacji w serwisie: 2005.07-08 (008)
autor: Wojciech Bruszewski

    

Wojciech Bruszewski

Fotograf

powieść para-dokumentalna
(fragment)

 

(...) Akcja przebiega w jakimś uciśnionym, lecz nieposkromionym kraju: w Polsce, Irlandii, Republice Weneckiej, w którymś z państw bałkańskich czy Ameryki Południowej...

Tak rozpoczyna opowiadanie „Temat Bohatera i Zdrajcy” Jorge Luis Borges.
Na pierwszym miejscu argentyński pisarz wymienia Polskę. Bohaterowie i zdrajcy nieustannie uwikłani w walkę, w której nagrodą jest wolność, a karą – niewola. Siła przeciwnika i własna słabość kierowały walkę do podziemia. Polska to konspiracyjny number one na świecie. Wiedzą o tym nawet po drugiej stronie kuli ziemskiej, w Argentynie.

 

Kiedy zbliżało się Expo 2000 w Hanowerze, kolejny raz Polacy zakładają konspiracyjne peleryny. Zamiast pokazać światu, że to w Polsce wymyślono destylację ropy naftowej, że Polak, jak sama nazwa wskazuje, jest autorem Odwrotnej Notacji Polskiej, że algorytm Fujimoro, który legł u podstaw komputerowej grafiki trójwymiarowej, sformułował Fujimoro czyli Polak ze Szczecina, że w polskim mieście Lwów (nie w Szkocji) powstała Księga Szkocka – Polacy, jako mistrzowie kamuflażu postanawiają ukryć te fakty.
Na Expo 2000 wystąpią jako oaza pięknej przyrody, skansen drewnianej architektury ludowej i raj dla myśliwych – jednym słowem chcą być postrzegani jako przytulna, cepeliowska wiocha.

Cepelia powstała w 1949 roku. Przez pół wieku handlowała wyrobami polskiego rzemiosła artystycznego. Tak jak sztuka ludowa w Cepelii jest kamuflażem autentycznej sztuki ludowej, tak Polska przez kolejne 50 lat, na arenie międzynarodowej (ze względu na upodobanie do kamuflażu), promować się będzie jako Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego.

W Hanowerze powstaje kolos ze stali i szkła. Na ścianie kolosa wielki napis POLSKA.
W środku zostaje zbudowana drewniana wioska góralska kryta gontem (tak jakby wioska góralska, jak każda wioska, nie mogła stać pod gołym niebem).

Tymczasem polski aptekarz, Ignacy Łukasiewicz, (być może mieszkał w domu krytym drewnianym gontem) w roku 1852 przeprowadził pierwszą na świecie destylację ropy naftowej. Wynalazł lampę naftową, która oświetliła połowę świata. Dwa lata później jako pierwszy na świecie uruchomił przemysłowe wydobycie ropy naftowej.
Cywilizacjo, która swą wspaniałość co kilka lat dumnie prezentujesz na wystawach Expo (często za pieniądze koncernów Shell czy Esso) – droga i być może jedyna w kosmosie Cywilizacjo – moi rodacy nie przyznają się, że niezłego benzynowego kopa, który diablo przyspieszył twój dzisiejszy gaz, otrzymałaś w Krośnie, w małym mieście na południu Polski.

Inny Łukasiewicz, filozof, logik i matematyk, Jan Łukasiewicz, w latach 1906-1915 profesor Uniwersytetu Lwowskiego, wymyślił sposób zapisu wyrażeń arytmetycznych, w których znak wykonywanej operacji umieszczony jest po operandach, a nie pomiędzy nimi jak w konwencjonalnym zapisie algebraicznym. Świat zna ten wynalazek pod nazwą Odwrotna Notacja Polska (Reverse Polish Notation). Zapis ten pozwala na całkowitą rezygnację z użycia nawiasów w wyrażeniach, jako że jednoznacznie określa kolejność wykonywanych działań. RPN jest używana w niektórych językach programowania (FORTH, Postscript) oraz w kalkulatorach naukowych firmy Hewlett-Packard. Programy komputerowe dokonując analizy wyrażeń arytmetycznych często przekształcają je na Odwrotną Notację Polską.

Wydana po angielsku Księga Szkocka (polskiego wydania nie było) może świadczyć o istnieniu szkockiej szkoły matematycznej, a profesorów Stefana Banacha, Stanisława Ulama (później, w Los Alamos postrzeganego jako ojca bomby wodorowej), Stanisława Mazura, Karola Borsuka, Hugo Steinhausa, Hermana Auerbacha, Wacława Sierpińskiego, Kazimierza Kuratowskiego oraz Johna von Nuemana, uznać za Szkotów.
Gość Kawiarni Szkockiej, John von Neuman, współtwórca teorii gier i pierwszego komputera, być może był Szkotem. Ale reszta to polscy matematycy, którzy przy winku i wódeczce spotykali się w Kawiarni Szkockiej we Lwowie. Nad stolikiem fruwały idee matematyczne, które wraz z kacem znikały z kuli ziemskiej na zawsze.
Profesor Stefan Banach postanowił choć część tych genialności uratować dla Cywilizacji. Kelnerowi Kawiarni Szkockiej kazał przechowywać zeszyt, w którym zapisywano zadania matematyczne, a czasem i ich rozwiązania. Rekordowe posiedzenie kwiatu polskiej matematyki w Kawiarni Szkockiej trwało 17 godzin. Wpis do Księgi musiał być zaakceptowany przez wszystkich uczestników posiedzenia. Matematycznych zadań w Księdze Szkockiej zebrano 193. Za rozwiązanie niektórych z nich obiecywano nagrody. Najczęściej była to butelka wina. Za rozwiązanie zadania nr 153 można było wygrać żywą gęś. Gęś musiała czekać na laureata nagrody aż 40 lat. Otrzymał ją Per Enflo, szwedzki matematyk, autor „On the non-existence of uniform homeomorphisms between Lp-spaces.
Ostatnie zadanie w Księdze Szkockiej pochodzi z roku 1941. Część z nich do dziś czeka na rozwiązanie.

Jest pierwsza połowa lat osiemdziesiątych.
Młody naukowiec ze Szczecina, dobrze rokujący informatyk, ląduje na międzynarodowym lotnisku New Tokyo International Airport. Jest stypendystą rządu Japonii.
Z egzotyczną rzeczywistością próbuje porozumiewać się po angielsku, ale po pierwszych niepowodzeniach bierze się za japoński.
Po paru miesiącach perfekcyjnie opanowuje język, którego kwintesencją (wbrew europejskim mniemaniom) jest kombinatoryka sylab i ich subtelna intonacja.
W przeciwieństwie do Japończyków, którym hierarchicznie zorganizowana termitiera społeczna musi ograniczać poetyckie horyzonty; on pochodzi z kraju, gdzie bałagan cieszy się większym uznaniem niż dyscyplina. Chaos jest przyczyną narodowych klęsk, ale jednocześnie jest motorem napędzającym intelektualne sukcesy jednostkom. Żywiołem naszego bohatera jest nie tylko kombinatoryka (w końcu jest informatykiem), ale i zdolność do przekraczania mentalnych barier. Pewnego dnia, w Kraju Kwitnącej Wiśni, on – Polak znad Odry – w języku japońskim wygrywa konkurs krasomówczy. Wśród nagród jest prawo do używania japońskiego nazwiska. Nazywa siebie (tu Fotograf ma wątpliwości czy dobrze zapamiętał) Fujimoro.

Fujimoro spędza kilka lat w Japonii. Jest jednym z pierwszych teoretyków, którzy interesują się komputerową grafiką trójwymiarową. Wymyśla sposób, który umożliwia pierwsze realizacje grafiki 3D. Recepta ta obecnie należy do klasyków gatunku i jest znana na światowych uczelniach technicznych jako „algorytm Fujimoro”.

Fujimoro zakłada w Japonii firmę informatyczną, w której zdalnie zatrudnia kolegów ze Szczecina. Chłopaki piszą komputerowy program o nazwie Digital Knife. Program steruje tokarką o niezwykłej precyzji toczenia. Tokarki takiej nie ma w Polsce, ponieważ Polska jest częścią Układu Warszawskiego, a nowoczesna, numerycznie sterowana tokarka jest na liście COCOMu. Komitet Koordynacyjny Wielostronnej Kontroli Eksportu (Coordinating Committee for Multilateral Export Controls) skupiający 17 państw, w tym i Japonię, stara się nie dopuścić do przecieku zaawansowanej technologii do Bloku Wschodniego. Chodzi o to, aby zachodnia technologia nie mogła być militarnie wykorzystana przeciwko Zachodowi.
Szczecinianie testując Digital Knife są zmuszeni symulować istnienie spec-tokarki na PeCecie. Warto dodać, że w tym czasie komputery PC także są na embargu COCOMu.

Fujimoro sprzedaje Digital Knife Toshibie. Toshiba sprzedaje go Rosjanom. Dzięki Digital Knife Rosjanie poprawiają jakość wałów napędowych, które dotychczas hałaśliwie kręciły śrubami atomowych okrętów podwodnych. Na jakiś czas radziecka flota podwodna znika z amerykańskich urządzeń nasłuchowych. W bezsilnym proteście amerykańscy kongresmeni, w obecności mediów, demonstracyjnie (młotkami) rozbijają urządzenia Toshiby.
Gdyby władza radziecka wiedziała, że Cyfrowy Kozik powstał w „zacofanym” kraju socjalistycznym, walizki dolarów przeznaczyłaby na jakiś inny szczytny cel, ale za to chłopaki ze Szczecina musieliby przenieść się do Gwiezdnego Miasteczka za Uralem i kto wie, z kim dzisiaj mieliby dzieci. Gwiezdne Miasteczka, których próżno szukać na oficjalnych mapach, zapewniają znacznie lepszą atmosferę do pracy na rzecz potęgi Kraju Rad niż jakiś tam Szczecin.

W 1939 roku, realizując postanowienia paktu Ribbentrop-Mołotow, bez udziału łodzi podwodnych, ale za to na gąsienicach sześciu tysięcy czołgów, Związek Radziecki kolejny raz wkracza na ziemie polskie. Polskie miasto Lwów „na zawsze” (jak się później okazało) przestaje być polskie. Bywalcy Kawiarni Szkockiej w ciągu kilku lat zmieniają adresy. Część z nich przenosi Lwowską Szkołę Matematyki na tak zwane Ziemie Odzyskane do miasta, które w 1945 „na zawsze” przestaje być niemieckie. Wrocławska Szkoła Matematyki rozwija się pod opiekuńczymi skrzydłami profesora Hugo Steinhausa, autora ostatniego zapisu w Księdze Szkockiej.

Jest rok 1965. Styczeń. Godzina szósta trzydzieści. Fotograf jedzie przepełnionym do granic wytrzymałości tramwajem linii 16. Mija ponurą Halę Ludową, mija przyprószony śniegiem, niedokończony budynek Panoramy Racławickiej. Gdy tramwaj jedzie okrężną trasą, mija również przeniesiony ze Lwowa, odlany z brązu, pomnik Aleksandra Fredry.
Codziennie jeździ do Energetyka na siódmą. Jest to jedyna w tym mieście szkoła średnia, która rozpoczyna lekcje o siódmej. W tym samym czasie do pracy na siódmą jadą absolutnie wszyscy dorośli mieszkańcy Wrocławia.
W lecie publiczność zatłoczonego tramwaju wypełza na stopnie. Są to czasy, gdy drzwi do tramwaju otwierają sami pasażerowie. I od zewnątrz i od wewnątrz robi się to szarpiąc za klamkę. Motorniczy nie ma żadnego wpływu na stan otwarcia czy zamknięcia drzwi. Na stopniu ledwie daje się znaleźć powierzchnię odpowiadającą połowie zelówki. Chłopaki wiszą trzymając się jedną ręką drewnianego drążka. W drugiej ściska się teczkę. Ręka na drążku ledwie wytrzymuje do najbliższego przystanku. Tam ma 30 sekund na odnowę biologiczną i znów musi zdzierżyć do kolejnego przystanku. Zjawisko to w żargonie nazywa się winogronami. Wiatr gwiżdże w uszach, słupy trakcyjne, latarnie, znaki drogowe przelatują niebezpiecznie blisko głów i pleców wiszących. Czasami motorniczy wysiada, podchodzi do winogron i szantażuje, że dalej nie pojedzie.
Ale dziś jest mroźna zima i trzeba gnieść się w środku w zaduchu, z trudem łapiąc oddech. Biorąc pod uwagę możliwy tłok w chlewni lub na nowoczesnej fermie drobiarskiej, Fotograf zastanawia się nad zasadniczą różnicą, jaka dzieli ludzi od zwierząt. Dochodzi do wniosku, że różnic nie ma za wyjątkiem jednej – zdolności do tworzenia abstrakcji.
Po maturze postanawia pójść na matematykę.

Na cztery miesiące przed otwarciem wystawy Expo 2000 w Hanowerze, Fotograf, dzięki protekcji sąsiada, który jest posłem na Sejm, dociera do vice-Ministra Gospodarki. Przedstawia Ministrowi własną wizję udziału Polski na wystawie Expo 2000.

–    Panie Ministrze.
(przekazuje pozdrowienia od wspólnego znajomego, posła na Sejm Rzeczpospolitej Polskiej. Minister każe pozdrowić znajomego posła z Betonowej Łodzi).

–          Panie Ministrze. Skończmy raz na zawsze z tą wiochą – ofensywnie przechodzi do rzeczy Fotograf. – Na Expo w Sewilli w polskim pawilonie dominowała wiklina. Może zamiast wikliny wystawić algorytm Fujimoro? Zamiast udawać wiochę może lepiej być mylonym z Japonią? – ironizuje Fotograf i w skrócie przedstawia projekt elektronicznych słupów milowych.

Przy okazji zauważa, że polski minister ma w gabinecie błyszczące, wykonane ze szlachetnego drewna, ogromne ciemno brązowe biurko i ani jednego na nim papierka. Ani papierka ani długopisu. Absolutnie nic. Nawet telefon (narzędzie pracy ministra) stoi na innym małym biureczku. W wyglansowanej na błysk tafli biurka odbija się odwrócony do góry nogami vice-Minister.
Fotograf już wie, że nigdy nie będzie ministrem. Bałagan na biurku to jego specjalność.
Vice-Minister Gospodarki jest odpowiedzialny za wizerunek Polski na Expo w Hanowerze. Poza konkursem na projekt i wykonanie budynku polskiego pawilonu oraz uruchomieniem wszystkich procedur, jego osobistym pomysłem jest rozdawnictwo laleczek-maskotek. Żabka czy krasnoludek w krakowskim ludowym stroju. Maskotkę powieloną w setkach tysięcy, a może nawet w milionach egzemplarzy mają dostawać dzieci wizytorów Expo. Minister myśli o promocji Polski w dalekiej perspektywie. Niemieckie, japońskie czy francuskie dziecko, które otrzyma żabkę lub krasnoludka, zarejestruje ten fakt w maleńkich, szarych komóreczkach, a jak dojrzeje i będzie ministrem, premierem czy prezydentem swojej ojczyzny, to przypomni sobie, że Polska to klawy kraj. Poza tym (tego już Minister nie mówi) jest to niezły biznes dla kogoś, kto te żabki w krakowskich strojach będzie robił i całymi wagonami dostarczał do Hanoweru.

Vice-Minister odsyła Fotografa (wraz ze swoją przychylną rekomendacją) do Dyrektora Polskiego Pawilonu. Dyrektor przyjmuje Fotografa z otwartymi ramionami. Jest młody, błyskotliwy i niezwykle sympatyczny. Mówi, że propozycja jest interesująca, ale jest już za późno. Właśnie zamówili quasi-teatralne dekoracje u najlepszych polskich scenografów. Zaczęli też robić atrapę polskiego żubra, który stanie w sztucznej Puszczy Białowieskiej na terenie polskiego pawilonu. Poza tym pawilon jest ze szkła, a projekt Fotografa wymaga wyciemnienia sali. Fotograf orientuje się, że banknoty zostały już rozdane i nikt nie jest zainteresowany inną wizją Polski jak tylko wiochą. Nikt nie jest zainteresowany pomysłem, którego na Expo nigdy jeszcze nie było. Nie są, mówiąc krótko zainteresowani, aby o Polsce z zachwytem trąbiły międzynarodowe media. Więc po co to całe Expo?

Fotograf nie daje za wygraną. Dzięki protekcji sąsiada, który jest posłem na Sejm, dociera do wiceprezesa najbogatszej firmy w Polsce, do Telekomunikacji Polskiej SA. Trzeba przyznać, że sąsiadowi najwyraźniej zależy na wizerunku Polski jako kraju nowoczesnego. Fotograf zostaje przyjęty przez Wiceprezesa w asyście jego ekspertów. Wiceprezes już zna projekt i jest przychylnie ustosunkowany do jego realizacji. Pozwala Fotografowi zrelacjonować jego ideę swoim specjalistom.

Fotograf robi ideologiczno-historyczną podgatowkę. Mówi o idei słupów milowych. Ludzie stawiali słupy milowe, aby zaznaczyć swoje terytorium. Słupy milowe ustawiane wzdłuż drogi pozwalały trafić do celu. Mogły mieć również znaczenie magiczne. Słupy milowe w postaci kamiennych obelisków stawiano w wyjątkowych, specjalnych, kultowych miejscach.
Ekspert od transmisji zaczyna ziewać.
Fotograf widzi, że musi walić do celu najkrótszą drogą.

–             Panowie. Chodzi o transmisję jednego kraju do innego kraju.
Polska i Niemcy to sąsiedzi. Z najdalej na wschód usytuowanego punktu Polski, na przykład z Puszczy Białowieskiej do Hanoweru, w globalnej czy choćby europejskiej skali, i przy dzisiejszych środkach technicznych, jest niedaleko. Mamy rok 2000.

Fotograf proponuje umieścić na terytorium Polski 400 miniaturowych kamer telewizyjnych. Mają być zainstalowane w pancernych, wandaloodpornych słupkach. Można je nazwać elektronicznymi „słupami milowymi”. Każda z 400 kamer i każdy z 400 mikrofonów to miniaturowa, telewizyjna stacja nadawcza. Ma być włączona i zasilana non stop.
400 cyfrowych linii transmisyjnych ISDN ma przekazywać obraz i dźwięk live do polskiego pawilonu w Hanowerze. Konsekwentnie, przez trzy miesiące, od godziny 9.00 do 21.00.
Obiektem wystawowym ma być polskie TERAZ wysyłane do Hanoweru w czasie rzeczywistym nowoczesnym strumieniem telekomunikacyjnym i wyświetlane na panoramicznej ścianie złożonej z 400 monitorów.

Pozostaje pytanie, GDZIE zainstalować kamery. Czy umieszczenie jednej z kamer w sypialni Lecha Wałęsy jest dobrym pomysłem? A czy kamera stojąca vis a vis napisu „Arbeit macht frei” jest dobrym pomysłem na Niemcy? Napis wisi nad wejściem do obozu zagłady w Oświęcimiu. Niemcom do dziś jest trochę głupio z tego powodu. A jeżeli Polska koniecznie chce się pochwalić żubrami, to jeden ze „słupków” można postawić w Puszczy Białowieskiej.
Fotograf ma parę pomysłów (a właściwie długą listę), ale chce wywołać ogólnonarodową dyskusję i w ten sposób wytypować 399 miejsc w Polsce, które są godne wyemitowania w świat. Miejsce nr 400 (jako autor) rezerwuje na sielski obrazek swojego maleńkiego ogródka.
Nie mówi, że w tym ogródku często bawi się lokalna bohema. Siwucha, Chopin, Polonez, Extra Żytnia, a czasami nawet Żubrówka, na koszt TP SA miałaby darmowy serial reklamowy.

Wiceprezes TP SA prosi ekspertów o opinię. Specjalista od reklamy ma własne pomysły na rozdawanie banknotów, ale przyznaje, że projekt jest super. Ma tylko jedną wątpliwość.

– A co będzie, gdy do takiego „słupka” podejdzie jakiś podpity rodak i wrzaśnie:
„A chuj wam wszystkim w dupę!” ?

– No cóż – statystycznie (Fotograf wyjmuje kieszonkowy kalkulator) będzie to zaledwie 0,000000257 % obrazu Polski, przy założeniu, że wypowiedź ta trwa 4 sekundy na jednym z czterystu monitorów, a Expo trwa trzy miesiące po 12 godzin dziennie, czyli 3 miliony i 888 tysięcy sekund.

Inżynier od transmisji ISDN nie widzi problemów technicznych.
Specjalista od finansów szybko szacuje przybliżony koszt transmisji sygnału przez Niemcy. Wychodzi mu 12 milionów dolarów. TP SA, najbogatsza firma w Polsce, nie takie pieniądze topiła w reklamowych bzdetach. Są gotowi projekt zrealizować.

Ale w „Polskim Biurze EXPO 2000” nikt tego nie chce słuchać. Skutecznie forsują ideę Polski jako Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego.
W polskim pawilonie w Hanowerze szumi sztuczna puszcza, a w niej ryczy atrapa polskiego żubra. Obok replika fragmentu historycznej kopalni soli w Wieliczce. Wszystko wciśnięte w drewniane chatki kryte gontem – puszcza, kopalnia i restauracja. W jednej z chatek wyświetla się stare (żeby nie powiedzieć zużyte) filmy na temat piękna polskiej przyrody. W latach siedemdziesiątych wyprodukowała je polska prababcia kanału National Geographic, Wytwórnia Filmów Oświatowych w Łodzi. Przed polskim pawilonem wielki plakat z fotografią bociana stojącego w bocianim gnieździe. Karmi młode w pobliżu dachu wiejskiej chałupy. Na plakacie napis w egzotycznym języku europejskim: Kocham Polskę.

Jakieś zdolne, hiszpańskie, niemieckie czy japońskie dziecko o fotograficznej pamięci, może ten fascynujący widok zarejestrować w małej główce na całe życie.

Fotograf spacerując po terenie Expo 2000 jest zafascynowany pawilonem Estonii. (..)

 

 

tekst i zdjęcia

Wojciech Bruszewki