alfabetycznie
wg autor
wg daty
wg miejsca
2b » tytuł roboczy » TR 023/024 Multum! » podobno co setny war...

podobno co setny warszawiak jest Wietnamczykiem

data publikacji w serwisie: 200612
autor: Ngô Văn Tưởng

 

Podobno co setny warszawiak jest Wietnamczykiem.

Dokładna liczba mieszkańców Warszawy pochodzenia wietnamskiego nie jest znana (nie prowadzi się przecież masowo testu DNA!), ale jest to znacząca liczba. A początek był skromny; garść studentów wietnamskich ożeniła się z Polkami (i odwrotnie). Założyli Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Wietnamczyków w Polsce, które przez pewien czas miało siedzibę w restauracji Bong Sen na Poznańskiej 12. Była to pierwsza restauracja z kuchnią wietnamską w Warszawie. Smak Dalekiego Wschodu w centrum Warszawy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, co za egzotyka! Być może znajdowała się w tej restauracji książka skarg i wniosków, nie jestem pewien, ale jeżeli nie byliście tam, to poczytajcie sobie recenzje XXI wieku, czyli internetowe: „Wystrój nieco tandetny, pan w szatni i kelnerki wzbudzają skojarzenia z PRL-em, a mimo to jest bardzo miło. Jedzenie wyśmienite, polecam kurczaka po wietnamsku – świetnie przyprawiony; Doskonała obsługa. Fantastyczne krewetki i stek Henryk IV. Uwaga na jednego z kucharzy, bo lubi gotować bardzo ostro”.
 
Tak więc Bong Sen jest najstarszą restauracją wietnamską w Polsce, natomiast najstarszą organizacją wietnamską w Polsce jest wymienione wyżej Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Wietnamczyków, powstałe w 1986 roku. Jego długoletnim prezesem jest Tran Anh Tuan, który ukończył Uniwersytet Warszawski w 1983 roku. Ożeniony z Polką, po studiach pozostawał w Polsce, pracował tam i ówdzie, ale w końcu poprowadził własną restaurację – Dong Nam niedaleko placu Konstytucji. Stała się ona miejscem wietnamskich wesel, spotkań towarzyskich, wietnamskiego balu noworocznego i… galerii sztuki! Albowiem jedną z sali pan Tuan przeznaczył na wystawę obrazów, fotografii, dzieł artystów z Wietnamu i innych krajów Dalekiego Wschodu. Właśnie za te „poboczne” działania dostał on Order Zasłużonego Działacza Kultury od ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.  I tak dni i lata mijały bogobojnie, aż pan Tuan sprowadził do Warszawy piękne tajskie kucharki. Zakochał się w jednej z nich i Dong Nam stało się także Tajskim Centrum Sztuki… nie tylko Kulinarnej!

Tak jak Truong Anh Tuan, Bui Ngoc Hai był studentem wietnamskim na polskiej uczelni. Ale nie tylko studiował, prowadził zajęcia jako jeden z pierwszych instruktorów... chińskiej sztuki walki w Polsce. Za to nie otrzymał orderu, dostał natomiast od władzy wietnamskiej zakaz dalszego studiowania i nakaz powrotu do kraju. Schował się u działaczy polskiej opozycji demokratycznej. Jedna z działaczek „Solidarności” tak skutecznie go ukrywała, że w końcu wydała… za niego własną córkę! Ponad 20 osób było świadkami ich ślubu, bo przecież nie miał paszportu ani innych dokumentów tożsamości. Małżeństwo w ten sposób zostało zalegalizowane. Jako młode małżeństwo wyemigrowali w roku 1982 do Francji. Tam Bui Ngoc Hai otworzył szkołę Wu Shu i zdobył kolejno mistrzostwo Francji i Europy w Wu Shu i Tai Chi Chuan. W roku 1996 razem z żoną i dwiema córkami wrócili do Polski na stałe. Odtąd skutecznie promuje, trenuje chińskie sztuki walki w naszej stolicy zaniedbując narodowe Viet Vo Dao.

Ale Nam, bo pod takim imieniem Bui Ngoc Hai jest znany szerokiej rzeszy miłośników, żyje nie tylko z trenowania wschodnich sztuk walki. Grywa w teatrze i serialach telewizyjnych. Hung, grany przez niego w „Królach Śródmieścia” to zabawny kucharz, a zarazem właściciel baru wietnamskiego „boleśnie przeżywający los emigrantów z Dalekiego Wschodu”. Tak jak Nam, serialowy Hung uwielbia ćwiczyć Tai Chi i daje blokersom z sąsiedztwa niejedną lekcję sztuk walki! Pracuje w barze od świtu do nocy, niczego wielkiego nie dorobił się jeszcze. To wy, drodzy bywalcy salonów, klubów, barów i restauracji możecie mu pomóc. Głosujcie na „Królów Śródmieścia”, a Hung w dalszych odcinkach będzie miał szansę otworzyć własną szkołę Wu Shu. Zadanie będzie miał ułatwione, albowiem Thinh, jego serialowy kuzyn (grany przez piszącego te słowa), jest zaradnym przedsiębiorcą, posiadającym własną firmę „sprzątającą”. No cóż, ktoś musi sprzątać, aby ktoś inny miał czyste sumienie!

Mowa cały czas o studentach wietnamskich, a gdzie studentki – Wietnamki? Otóż już w latach pięćdziesiątych (rzecz jasna ubiegłego stulecia) pierwsze studentki wietnamskie zaczęły studia w Polsce i zaczęły wychodzić za mąż za Polaków. Odsetek studentek wietnamskich, które wyszły za mąż za Polaka i pozostawały w Polsce, był tak duży, że zaprzestano wysyłać dziewczyny na studia do Polski. Przez długi czas studiowali w Polsce sami Wietnamczycy (podkreślmy – sami mężczyźni!). Dlatego m. in. Le Hoa, wydawca, w latach 2003-2004, polskiego Progresiff – miesięcznika ponoć nie tylko dla studentów – studiowała w Bułgarii. Tam wyszła za mąż, a jakże – za Polaka pracującego wówczas w Bułgarii. Kochliwe te nasze narody! A Wietnamki – studentki, zawsze osiągają to, czego chcą. Najwięcej witaminy mają polskie chłopaki, chciałoby się rzec.

Ale nie wszystkie małżeństwa wietnamskie muszą być polsko-wietnamskie! Sytuacja diametralnie się zmieniła po roku 1989. Społeczność wietnamska w Warszawie i w Polsce rośnie w oczach, jak na drożdżach. Można rzec, że nasi przedsiębiorczy rodacy dostali wędkę zamiast samych ryb. Nie dziwcie się, że w Warszawie działa Wietnamska Liga Piłki Nożnej, w skład której weszło niegdyś osiem drużyn (tłuste lata), a teraz pięć. Przy Hali Mera Wietnamska Liga Tenisa Ziemnego organizuje liczne turnieje, puchary rozdając na lewo i prawo. Powstanie Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce „Solidarność i Przyjaźń” czy Centrum Kultury „Thang Long” to była tylko kwestia czasu (odpowiednio 1999 oraz 2003 rok). Pierwsze z nich to prywatna inicjatywa, znajduje się przy ul. Zamoyskiego 4, w pobliżu Stadionu Dziesięciolecia. W warunkach polowych, a ściślej prowizorycznych, tworzono tam kawiarnię internetową, stoły pingpongowe, bilardowe, wypożyczalnię sukien ślubnych i strojów ludowych, miniaturowy teatr lalek dla jednego animatora, a przede wszystkim kilka sal karaoke. Codziennie po południu Wietnamczycy po pracy na niedalekim bazarze przychodzą, namiętnie śpiewają wietnamskie i światowe przeboje. Reżyser Maciej Migas, kręcący film w nieczynnym barze w Centrum, nie mógł się nadziwić i mówił mi, że to narodowa rozrywka. A niech sobie żartuje i ocenia po swojemu! Natomiast aktorzy z fundacji „Arteria” odkryli, że co Wietnamczyk – to poeta. A ja, sądząc po występach swoich rodaków na weselach – własnych i cudzych, powiem, że co Wietnamka to piosenkarka.