alfabetycznie
wg autor
wg daty
wg miejsca
2b » tytuł roboczy » TR 023/024 Multum! » przerwa w codziennoś...

przerwa w codzienności

data publikacji w serwisie: 20080808
autor: Agnieszka Tomaszczuk-Rosołowska



Zaczęło się od studiów. Największą przyjemnością były dla mnie praktyki. Jeżdżenie do małych wiosek, chodzenie godzinami po malowniczych okolicach, zakurzonych dróżkach, szukanie chatki, do której można by zapukać, albo sympatycznej babci na ławeczce, do której można by zagadać. A potem długie rozmowy. Poza sytuacjami, w których byłam postrzegana jako świadek Jehowy chcący nawracać na „swoją wiarę”, byłam przyjmowana przyjaźnie: pogawędki przy domowej zupie albo herbacie i ciasteczkach, dużo życzliwości i radość moich rozmówców z tego, że mogą się wygadać. Najbardziej lubiłam rozmawiać ze starszymi ludźmi, bo oni pamiętali dawny świat, taki pełen magii. A że moje etnograficzne badania kręciły się wokół religijności, obrzędowości, świąt – w rozmowach pojawiało się wiele wątków magicznych, bo przecież magia i religia przeplatają się ze sobą.

Takich opowieści potrzeba mi w dzisiejszym świecie. Duchowości, przywiązania do rytuałów, głębszego wejrzenia w istotę święta, zatrzymania się...

Kiedyś w święto czas naprawdę się zatrzymywał. Palma wielkanocna chroniła przed pożarem, wizyta kolędników przynosiła szczęście, taniec z niedźwiedziem zapewniał urodzaj, utopienie marzanny sprowadzało wiosnę, zniszczenie Judasza wyganiało zło... Zabobony? Być może. A może po prostu sposób tłumaczenia świata, radzenia sobie z rzeczywistością, z przemijaniem, z nieszczęściem.

I taka pasja już we mnie została. Chęć do poznawania ludzi, ich zwyczajów, wierzeń, sposobów świętowania. Moje zainteresowania świetnie dopasowały się do pasji taty – fotografika, i tak zaczęliśmy realizować nasz wspólny projekt. Od kilku lat jeździmy po Polsce w poszukiwaniu miejsc, gdzie odbywają się rozmaite obrzędy. Im mniej znane, mniej powszechne, tym lepiej. Im więcej dawnych elementów zachowały, tym ciekawiej.

Szczególnie wspominam wioskę Samborowice, w której mieszkańcy bardzo mocno związani są z tradycją i wyjątkowo angażują się w to, aby ją podtrzymać. Jak mówią, większość lokalnych obrzędów odbywa się tu „od zawsze”. Zwyczaje zmieniają swoją formę, ewoluują. Dziś zatraciły wiele pierwotnych znaczeń i dawnych magicznych funkcji. Ale nadal trwają w formie zabawy, widowiska, tworząc spektakularny, jedyny w swoim rodzaju świąteczny teatr. To, że musi być odgrywany co roku, jest oczywiste, gdyż stanowi część życia lokalnej społeczności.

Koniec karnawału mieszkańcy Samborowic świętują w pochodzie przebierańców z niedźwiedziami na czele. Wodzenie niedźwiedzia jest dawnym zwyczajem zapustnym. Tutejsza ludność kultywując tradycję dostosowała obrzęd do swoich potrzeb. Uległ on ciekawym przemianom. Zwyczajowym terminem obchodów była Środa Popielcowa, jednak ze względu na sposób życia mieszkańców, którzy pracują poza własnym gospodarstwem, przeniesiono go na ostatnią sobotę karnawału. Zmienili się też uczestnicy. Wedle starej tradycji udział w tańcu misia brali głównie kawalerowie, dziś ze względu na migrację młodych mężczyzn do miast, dużą część pochodu stanowią dziewczęta. W zrobienie pracochłonnego stroju dla misiów angażują się starsi mężczyźni, renciści. Od rana zbierają się w stodole i skręcają słomę w kilkumetrowe sznury. Chłopcy wcielający się w rolę misiów zostają owinięci pasami słomy, które są na nich zszywane przy pomocy sznurka. Strój można zdjąć tylko przez rozcięcie. Jedynie głowy niedźwiedzi są maskami przechowywanymi z roku na rok. Odgrywanie roli misia jest zaszczytem. Wymaga dużego wysiłku, gdyż „futro” waży około czterdziestu kilogramów i trudno się w nim poruszać. Zgodnie ze starodawnym rytuałem wodzony niedźwiedź na końcu swego pochodu zostawał symbolicznie uśmiercony. Wytłumaczenie tego faktu nie jest jednoznaczne. Według jednej z interpretacji unicestwienie niedźwiedzia miało przyspieszyć zmianę pór roku i symbolizować odejście zimy, a wraz z nią wszelkiego zła wiążącego się z tą porą roku – chorób, głodu, śmierci. Mieszkańcy Samborowic również unicestwiają niedźwiedzia, ale żeby nie było zbyt smutno, wprowadzili do obchodów postać małego misia, który zostaje na następny rok i jak mówią, jest ich nadzieją, obietnicą, że znów nadejdzie lato. Symboliczne zabijanie postaci dużego misia kończy samborowicki korowód. Postać odgrywająca rolę rzeźnika „odcina” głowę niedźwiedzia, a w tym czasie ukradkiem wlewane jest do misy czerwone wino imitujące krew. Ten dość drastyczny sposób przedstawienia był swego czasu krytykowany przez księży i niektórych mieszkańców wsi, głównie ze względu na przerażenie dzieci, które wszystko brały dosłownie. Po panice, jaką wywołał ten widok u dziecka, którego tata odgrywał postać misia, na jakiś czas zaniechano unicestwiania go w tak „krwawy” sposób.

Mieszkańcy wioski nie potrafili wytłumaczyć, dlaczego misia się zabija. Dla nich było to oczywiste, że tak się dzieje, bo kończy się karnawał. Zauważyłam, że wiele czynności jest powtarzanych, ale ich dawne znaczenie jest zatarte, zmienione. Ciekawe są np. elementy stroju niedźwiedzi. Zamieszczone na ogonach misiów dzwoneczki i czerwone pompony są symbolem płodności, tak jak sam niedźwiedź w dawnej tradycji był zapowiedzią urodzaju, obfitości. Choć myślę, że większość osób uczestniczących w zabawie nie ma o tym pojęcia. Taniec z misiem, który mieszkańcy wykonują podczas pochodu, kiedyś był obrzędowym tańcem na urodzaj. Dziś pełni funkcję rozrywki. Misie co jakiś czas kładą się na ziemi. Tłumaczono mi, że robią to, by odpocząć. Być może jednak kryje się za tym głębsze, dziś zapomniane znaczenie. Niedźwiedź jako zwierzę symbolizujące płodność i siły witalne może tarzać się, aby przekazać obumarłej ziemi życiodajne moce. Takie przykłady można mnożyć. Mieszkańcy sami dodawali do pochodu własne postacie. Początkowo uczestniczył w nim jedynie niedźwiedź i małpice smarujące ludzi sadzą wymieszaną z olejem, aby przypomnieć o zbliżającym się poście. Stopniowo dochodziły inne, jak np. kominiarz, który mazał popiołem w sposób bardziej delikatny, podając brudną rękę albo dotykając policzka. Tę zmianę wprowadził sołtys, który sam wcielił się w postać kominiarza, gdy jego synek przestraszył się małpic.

Polski karnawał kojarzy się nam zwykle z zabawą, z młodzieżowymi dyskotekami, balami przebierańców w szkołach, z pieczeniem faworków i jedzeniem pączków w Tłusty Czwartek. W naszej tradycji szczególny nacisk kładziono na ostatnie dni karnawału, zwane kusakami, zapustami, ostatkami. Trzy dni przed środą popielcową to kuse dni, czyli diabelskie. Powszechne były taneczne zabawy, turnieje, polowania, kuligi, jarmarki, uczty, na których często objadano się i upijano oraz łamano zakazy obowiązujące w codziennym życiu. Organizowano pochody przebierańców, którzy robili wiele hałasu i figli parodiując różne sytuacje, przedstawiając świat na opak przez rozmaite działania teatralne. Podczas naszych podróży natknęliśmy się na jeszcze wiele innych, poza tańcem misia, zapomnianych zwyczajów karnawałowych. I tak trafiliśmy do Inowrocławia na chodzenie z kozą. To jeszcze jeden, obok wodzenia niedźwiedzia, zwyczaj mający swe źródło w dawnym kulcie bóstw urodzaju, płodności i rytuałach rolniczych. Kiedyś wierzono, że wizyta przebierańców z kozą przyniesie obfitość plonów i szczęście w gospodarstwie i rodzinie.

Ciekawym wydarzeniem jest ścięcie śmierci w Jedlińsku. Cała wioska uczestniczy w regionalnej zabawie ludowej. Symboliczne ścięcie śmierci, postaci uosabiającej wszelkie zło, ale także koniec karnawału, kończy się wesołą zabawą. Dziś obok samego widowiska pojmania śmierci, jej skazania i ścięcia oraz pochodów przebierańców, na rynku gra nowoczesna muzyka, ustawia się jarmark, a w kotłach polowej kuchni przygotowywany jest posiłek. Stanowi to ciekawe połączenie współczesności ze zwyczajem sięgającym XVII wieku.

Pogrzeb basa w Krzanowicach to kolejny sposób pożegnania karnawału. Symboliczne złożenie do grobu instrumentu muzycznego przypomina o tym, że skończył się czas zabaw i nastaje poważny okres postu. Dawniej wierzono, że można się bawić jedynie do północy we wtorek przed środą popielcową. Osoby, które kontynuowały zabawę, były niejako w mocy diabła. Znamienne jest to, że tam gdzie pojawialiśmy się w ostatnich dniach karnawału, byliśmy zapraszani do zabawy. Bale przebierańców w wioskach na Śląsku są powszechne nie tylko wśród dzieci. Dorośli wspaniale bawią się przebrani za smerfy, krasnoludki i różne śmieszne postacie. Stroje są zrobione niezwykle pomysłowo i misternie, widać, że sprawia im to frajdę. Dlatego trochę niezręcznie czuliśmy się na zabawie jedynie w kupionych na ostatnią chwilę papierowych czapeczkach.

Dawniej święto było czymś niezwykłym, a ponieważ był to inny czas niż dzień powszedni, towarzyszyła mu też odmienna sceneria, specyficzna atmosfera, tajemniczość, zabawa rządząca się własnymi regułami. Kreowano świąteczną przestrzeń, obowiązywały świąteczne reguły.

W Polsce święta są w większości związane z tradycją chrześcijańską. W naszym świętowaniu zachowały się też wcześniejsze, starsze niż chrześcijaństwo zwyczaje i obrzędy. Przechowała je tradycja ludowa. Praktyki i zaklęcia magiczne, elementy dawnych pogańskich świąt splotły się z elementami chrześcijańskimi. Takie ślady odnajdywałam w naszych poszukiwaniach.

Wyjątkowo różnorodne są polskie obrzędy wiosenne i wchodzące w ich skład obchody najważniejszego chrześcijańskiego święta – Wielkanocy. Poczynając od znanej wszystkim marzanny, przez misteria pasyjne, procesje palmowe, uroczystości Wielkiego Tygodnia, na Lanym Poniedziałku kończąc. Ze względu na tak dużą ilość wydarzeń, w których chcieliśmy wziąć udział, zdarzało się, że dzieliliśmy się wyjazdami także z mamą, która pomagała nam w gromadzeniu potrzebnych materiałów. Brak samochodu często okazywał się zaletą, pomagało to nam bowiem w nawiązaniu kontaktów z miejscowymi, którzy bardzo chętnie służyli pomocą, podwózką, informacją, a nawet noclegiem.

Każdy wyjazd jest przygodą, każdy jest spotkaniem z ciekawymi ludźmi, zagłębieniem się w lokalną społeczność i możliwością uczestniczenia w „innym czasie”. Dziś, gdy nawet niedziela nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś, bo często przez pracę, czy zakupy trudno odróżnić ją od dnia powszedniego; kiedy święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy sprowadzają się do konsumpcyjnego szału; gdy pojęcie „tradycja” ogranicza się jedynie do modnego słowa, a niewiele nam mówią takie nazwy jak Pucherok, Siuda Baba, Judaszki; gdy zapominamy, że można modlić się o deszcz, który przeniesie urodzaj, nie wiemy o tym, jak piękny może być wysiłek włożony w układanie kwietnych kobierców na procesję Bożego Ciała, gdy nie wierzymy w szczęście, jakie może przynieść dotknięcie wielkanocnej palmy, czy wizyta kolędników; kiedy dźwięk ligawki brzmi obco, a poszukiwania kwiatu paproci w noc świętojańską są tylko bajką – wtedy takie podróże i zanurzenie się choć na chwilę w atmosferę świętowania jest niezwykłym doświadczeniem.