ukraina
data publikacji w serwisie: 2008
autor: Leszek Szczasny
Jadę na Ukrainę. Autostopem. Sam.
Ludzie, którzy o tym słyszą, powtarzają:
„To jest niebezpieczne”, „Tam działa mafia”,
„Mogą Cię okraść i zabić”, „Nie boisz się?”
Boję się.
Ludzi, którzy żyją w takim strachu...
Przedsmak Ukrainy już na targowisku w Przemyślu. Wokół strefy przygranicznej podejrzane interesy. Tępe osiłki ze złotymi zębami to nie tylko stereotyp.
Przekraczam granicę pieszo. Pobiły się dwie Ukrainki, bo wszyscy śpieszyli się na ostatni pociąg w kierunku Lwowa. Z wizowym karteluszkiem nie ma najmniejszego problemu.
Pierwsze wrażenia kształtuje walka olbrzymich psów – na środku drogi pomiędzy ciągiem kantorów i przystankiem. Coś barbarzyńskiego wisi w powietrzu. Przestawiam czas.
Zabiera mnie na stopa Hiszpan, wytrawny podróżnik. Ciemno, ciemno, ciemno... – mówi, że nawet w Mali jest więcej nocnego oświetlenia ulicznego...
Wjazd do Lwowa – nie trzeba żadnych ograniczeń prędkości, bo główna arteria przykryta przedwojennym, silnie powybrzuszanym brukiem. Ale gdyby tak parę operacji plastyczno-kosmetycznych, to Kraków wyglądałby przy Lwowie bardzo blado.
Zatrzęsienie busów. Sprzedaje się wszędzie i wszystko. Ceny nieraz podwójne, albo próby oszukiwania na wadze. Funkcjonują staruteńkie liczydła. Ogromna pazerność. Nagabywacze. Dużo małych spożywczych sklepów, ale myślenie „klient nasz pan” dopiero raczkuje. W aptekach tyle samo ludzi, co w spożywczych.
Jakiś tubylec porównuje Ukrainę do Hondurasu. Starszy mężczyzna przeprasza, że już zapomniał polską mowę.
Chyba każde miasto widziane z góry, z wieży widokowej, traci swój urok i specyfikę – staje się jakieś podobne do wszystkich innych. Z Lwowem jest podobnie.
Straż miejska nie goni za pierdołami. Nie czuje się, że niedziela – ruch taki sam. Na chodnikach siedzą ludzie, którzy oferują zważenie się na wadze łazienkowej, za paręnaście kopiejek, a do tego sprzedają słonecznik. Wokoło mało muzyki.
Sporo prymitywnych salonów gier, a na ulicach automaty, do których wrzuca się tylko pieniążek i czeka na wynik. Przy zupełnej bezwolności grającego. Chętni stoją w długiej kolejce.
Potrącisz kogoś niechcący, dopytasz o cenę, a mogą na ciebie sfrustrowani wybuchnąć – drażliwi, obrażalscy, swarliwi, nieraz nieprzychylni, w najlepszym razie obojętni. Nieokrzesanie w środku, na zewnątrz przygnębienie i depresja. Ale powoli się z tym oswajam. Co nie znaczy, że nie ma ludzi, którzy się uśmiechną i są skorzy do rozmowy.
Kieruję się na południe od Lwowa. Pasterze i pasterki jadąc na rowerach, poganiają dobytek. Na górskiej drodze wyprzedzają się ciężarówki. Opustoszałe, zardzewiałe resztki zakładów.
Kontrola drogowa – uff, nawet się nie zająknęli o łapówce. Ponoć pierwszym wymiernym efektem rządów Juszczenki było zlikwidowanie starej milicji drogowej, wymuszającej pieniądze.
Syf. W niektórych miejscach bieda aż piszczy. Ale główny rytm wyznacza nie tyle bieda i głód, co beznadzieja.
Kible kucane – nic oprócz dziury w podłodze i opłaty w kwocie 50 kopiejek. Na prowincji szare, nieciekawe ubrania. Babiny w chustach. Młodzi trochę lepiej ubrani. Dziko, wcale nie w znaczeniu przyrodniczym. Śmierdząca smoła na jezdniach. Dziury, że "ho ho". Liczne furmanki. Sprzęt powojskowy, używany do wszelkich innych rzeczy, ze żniwami włącznie.
Moskwicze, zaporożce, łady – w nieskończoność naprawiane, wciąż działają. Do tego wołgi klasy lux, trzykołowe motory, ale także mercedesy z pierwszej półki. Dużo samochodów z przyciemnianymi szybami. Z reguły miejsca zajęte w całości. Auta, które sprowadzono z zagranicy, dalej jeżdżą z nalepkami identyfikacyjnymi tamtych państw.
Zakarpacie przy granicy z Rumunią – góry jak góry, po Dolomitach czy Pirenejach dosyć przeciętne. Autor przewodnika wpada w nieuzasadniony zachwyt, chyba nigdzie poza Ukrainą nie był...
Ludzie nie podróżują, nie znają walorów turystycznych swojego regionu. Mało domyślni, gdy brakuje mi jakiegoś słowa. Informacja turystyczna, jeśli jest, to zamknięta. Trzeba pytać i pytać samemu. Ma to wszystko swój urok, można poznać do głębi odmienność tutejszej mentalności.
Stosunek do kobiet często nie wykracza nic poza zwierzęcość. Przypomina mi się tekst pewnej piosenki: "jak ciastka musisz robić dzieci". A sutki tutejszych dziewczyn i kobiet wyjątkowo sterczą spod bluzek – grube, twarde, mięsiste, rzeczywiście seksowne. Spomiędzy tej zwierzęcości nieśmiało wyziera Ukraina europeizująca się. Stare plakaty wyborcze Juszczenki: "Ja wierzę w Ukrainę". Ja chciałbym, ale na razie nie bardzo mi się udaje.
Często widać kąpiących się w rzekach. Albo te rzeki są tak czyste, albo ich tolerancja na brud jest tak wysoka. Czasami to pierwsze, a czasami to drugie. Mało boisk i w ogóle wszelkiej infrastruktury. Ale za górami wioski już trochę bliższe polskim standardom. Naturalnie. Nie bulwersuje nikogo golizna – to znaczy wędrownik w samych batkach. Na Zachodzie różnie z tym bywa.
Malownicza twierdza chocimska nad Dniestrem. Burczące, apodyktyczne babsko w kasie. No to nie wejdę do środka, żeby wiedziała. Listonoszka wyrysowuje mi na kartce z Avonu jak bocznymi ścieżkami dojść i zobaczyć twierdzę z zewnątrz. No, no, no...
Przy ogólnodostępnym źródle wysokojakościowej wody mineralnej babcia sprzedaje kwaśne papierówki. Widząc w jakim spragnieniu poję się wodą, daruje mi jeden worek. Słodki gest. Potem rozdzielam to wśród dzieciaków jadących autobusem na kolonie.
Zupełnie bezpiecznie.
Sporo sympatycznych rozmów – każdy albo sam pracował kiedyś w Polsce, albo zna kogoś, kto to robi. Wiezie mnie też nowobogacki – bardzo zadowolony ze swojej sytuacji materialnej. Ten nie zamieniłby się na życie w Polsce.
Za autostop chcą pieniędzy! Działa to tutaj jak taksówka, ludzie nawet sami podchodzą i pytają, czy gdzieś nie podwieźć. Nie trzeba wystawiać ręki, wystarczy stanąć przy drodze. Jeżdżą tak wszyscy, nawet ludzie w garniturach. Jestem pryncypialny – nie przyłożę ręki do splamienia tak pięknej idei opłatami. Przed pytam, czy to będzie bezpłatne. Przeważają odmowy, do Kamieńca Podolskiego jednak dojeżdżam.
Nowe miasto jako takie. Stare – mimo ogromnego potencjału zabytkowego wymarłe... Małe cwaniaczki zaczepiają po polsku, rzekomo chcą na chleb.
Za zamkiem wielkie przestrzenie łąk – w sam raz na nocleg.
W sobotni ranek na wzgórze zamkowe gramoli się kobiecina – idzie na wesele, niesie dwa bukiety kwiatów, mówi: "niech nowożeńcy któryś sobie wybiorą".
Polska parafia – polski ksiądz. Ależ nieuprzejmy i w dodatku, przepraszam, zakuty łeb.
Na placu żołnierza radzieckiego parada nowo zaprzysięganych rekrutów – nikt nie widzi problemu. W modzie męskiej buty z wydłużonym i lekko zakrzywionym ku górze szpicem.
Imponujące, olbrzymie, zakurzone bazarzyska same w sobie są wielką atrakcją. Usiąść, przystanąć, a kto ma uszy do słyszenia i kto ma oczy do widzenia, ten się dowie ... Produktem obowiązkowym są wszędzie łapki na myszy.
Gdzie się podziały koty? Uciekły przed sforami bezpańskich psów? Które na pierwszy rzut oka mogą być zatrważające, ale na drugi i trzeci rzut oka są osowiałe, pokorne, niegroźne. Czasem nienachalnie wpraszają się na wspólny posiłek.
Hala mięsna na pierwszy, drugi i trzeci rzut nosa śmierdzi niemiłosiernie.
Jeśli kurs kantorowy nie zadowala, dolary można na bieżąco wymieniać bez problemu w każdym sklepie czy na każdym stoisku. Kupując jedzenie, słyszy się szczere „na zdarowije” – często chcą coś za resztę dorzucić, a bardzo małą resztę bez pytania wydają chętnie cukierkami. Ceny jedzenia porównywalne z polskimi, albo tańsze.
Arbuzem dzielę się z dziadkiem – mówi bardzo niewyraźnie, syna zabili mu Cyganie. Mołdawscy Cyganie. Te dzieci, które obok żebrzą, też przyjechały z Mołdawii.
Internet czasem jest dziwacznie rozliczany równocześnie i minutowo, i megabajtowo.
Mało brodaczy, a na słupach ogłoszeniowych liczne anonse o skupie włosów.
Podróż pociągiem. Chaos biletowy, płatna informacja, poczekalnie o podwyższonym standardzie też płatne! Nieraz trudno znaleźć porządny, widoczny zegar. Przy szczęśliwym zakupie biletu (ceny bardzo niskie) podajesz swoje nazwisko – sprawdzają, czy w całym tym cyrku nie zapomniałeś kim jesteś. Na dalekobieżne pociągi miejsca tylko numerowane – reszta na lewo. Ktoś straszy konduktorów: „poczekajcie, aż wszyscy będziemy kupować bilety w kasie!”.
W wagonie więź małżeńska umacniana grą w karty. Rodzinna – wzajemnym wachlowaniem się. Są nawet discmany i ipody. Poznaję młodą Holenderkę – też chce się dostać na Krym. Będziemy kombinować razem, kawałek po kawałku. Anglojęzyczny przewodnik Froukje trafia w dziesiątkę: „Na Ukrainie nie warto pytać, gdzie są toalety – toalety są wszędzie”.
Młodzian pod wpływem narkotyków nagania do przydworcowych barów. Chwali się, że jest czystej krwi tutejszym, rzekomo jakimś szlachetniejszym „jewrejem”. Teraz pracuje w Niemczech.
Odessa. Ofertami noclegowymi zasypują już na dworcu – mnie to nie dotyczy. Miasto ma coś w sobie – taka metropolitalna ukraińska Barcelona, ale dosyć zaniedbana i brudna. Raj dla fotografii artystycznej.
W cerkwi robią obszerny, precyzyjny, wielokrotnie powtarzany znak krzyża. Przyklękają i biją pokłony, również czołem do ziemi. Zapalają chudziutkie świeczki. Jakaś kobieta szaleje, pluje święconą wodą. Chyba tu znana, bo przez pomocnika popa traktowana dosyć familiarnie. Ten ma elektryzujące oczy, rodziców z Pragi i nieprzyjemny zapach z ust. Matka wyręcza zapatrzone we mnie dziecko – sama robi mu przy wyjściu potrójny znak krzyża.
Na opustoszałej uliczce leży stos wyrzuconych książek. Szperam. Jest m. in. biografia jednego z moich wielu mistrzów: Gandhiego. Przechodzą obok Polacy – mówią: „na tej ulicy nic nie ma”. Prostuję: „są książki”. Udają, że nie słyszą – ze śmietnikarzami się nie gada....
Ileż razy to słyszę: „30 lat i jesteś nieżonaty!?” – zdziwieni, oferują pomoc swacką. A te handlarki na bazarze same się deklarują jako zainteresowane.
Na kolację wielkie, słodkie, rozkoszne śliwki – sprzedająca jest byłą mołdawską nauczycielką rosyjskiego. Na Ukrainę przyjeżdżają dorobić. Gdy słyszy, że chcę spać na dziko, proponuje mi nocleg za jedyne 6 hrywien. Tyle co dwa kilo śliwek. Pierwszy raz po dwóch tygodniach używam dezodorantu. Przyrządzają placki z dżemem. Po zamknięciu okiennic, sprawdzam, czy nie straciłem wzroku, tak bezgranicznie ciemno.
Śmietnikarka obdarowana hrywną robi znak krzyża. W konsulacie polskim pytam, co robić z felernym paszportem, w którym odkleja się zdjęcie. Proponują wydanie wyjazdowego paszportu za 40 dolarów. Pani się puknie w czoło, tyle to ja mam na dwa tygodnie podobnej włóczęgi, a mam język w gębie i przemówię celnikom do rozumu.
Otwarty tramwaj, z żelaznymi balustradami, konduktorką-bileterką i motorniczą, która ogłasza na bieżąco nazwy stacji. Bilet zmyślny jak znaczek pocztowy.
Kupienie ciekawej widokówki graniczy z cudem. W luksusowym domu towarowym młody ekspedient mówi o średnich odeskich zarobkach około 100-250 dolarów. Jego propolską sympatię próbuje podważyć mężczyzna-rusofil, który nieproszony włącza się do rozmowy – wytyka antyrosyjski incydent w Warszawie. Dobra, bo nie zdążę na pociąg – już na sam Krym.
Można skorzystać z gorącej wody z wagonowego samowaru, a na stacjach z dłuższym postojem czatują sprzedawcy świeżych pirożków i wody z kranu, która jest rzekomo mineralna. Nabrała się moja sąsiadka, rubaszna kobieta. Dumnie oświadcza, że nie pojedzie do Polski zbierać za grosze jagody. Ukrainę uważa za kraj duraków. Inna sąsiadka, młodsza, czyta kolorowego szmatławca – podoba mi się jego tytuł: „Odpocznij!”.
Zmiana elektrowozu na parowóz – przez otwarte okno czuć spaliny w środku. Alternatywą byłby zaduch. Podróżuję najniższą z możliwych klas. Sapią, chrapią, charczą, czasem gorzej jak świnie.
Symferopol. Można kupić sobie taniutkie olejki eteryczne w małych fioleczkach, w przeogromnym wyborze. I dłużej można się tu nie zatrzymywać.
Eupatoria. Już bezpośrednio nad Morzem Czarnym. Szczyci się 25 wiekami tradycji. Ale ma się wrażenie, że od takiego samego czasu nie robiono tu porządków ani remontów. Ulice zalane już po małej ulewie. Dziewczyna sprzedająca wycieczki po mieście udaje, że nie wie, gdzie są najważniejsze zabytki. A jest i sobór i meczet, i kościół katolicki, i świątynia staroarmeńska, i kenasy karaimskie, i synagoga...
Za grosze można kupić rozmówki turystyczne – biorę arabskie, tureckie, portugalskie, greckie, fińskie, szwedzkie, rumuńskie...
Nie oglądają tu pogody? – dróżniczka dziwi się, gdy pytam o długoterminowe prognozy. Na szczęście deszcz okazał się tylko chwilowy.
Jeszcze powakacjuję, co jednak nie równa się wypoczywaniu fizycznemu. Zdarza się, że wypoczywam, ale to rzadkość. Jestem bardzo mobilny, chodzę, jeżdżę, pytam, obserwuję, zaglądam – jakby zgodnie z przekazem zawartym w moim imieniu. Bo Węgrzy mnie potem informują, że w ich języku „leszek” oznacza właśnie jakieś podglądanie.
Pytają często, czy nie nudno samemu. Jeśli ktoś jest nudny i nijaki, to może mu jest nudno...
Morze Czarne – gładkie, niefaliste. W niektórych miejscach kamyki takie, że poezja! Ponad czterdziestoletni zaporożanie patrzą z podziwem, jak je selekcjonuję. Oni są pierwszy raz w życiu nad tym morzem.
To już strefa wybitnie turystyczna i można kupić wreszcie sensowne widokówki. Zaczynają się zauroczenia. Jak do tej pory było bardzo bogato poznawczo, ale estetycznie dużo mniej.
Spisuję drobiazgi na gorąco. W lokalnym pociągu podpity, pocieszny dziadek zwraca mi uwagę, że podgryzam długopis jak dziecko. Jako jedyna osoba w wagonie znająca angielski udzielam pomocy Turkowi. W międzyczasie młodzi ludzie beztrosko wyrzucają śmieci za okno.
Pałac chanów w Bakczysaraju odrestaurowany, jak mało który zabytek na Ukrainie. Rodzice karcą swoich malców, że nie potrafią się ustawić do zdjęcia.
Za miastem skalne płaskowyże. W jednym wykuty monastyr Uspieński. Brakuje słów, cudnie. Jak tu nie napisać nowych sonetów krymskich...
Opryskliwa siostrzyca zabrania zakonnikom, by udzielili jakiegoś tymczasowego schronienia. Śpię tradycyjnie na dziko – pośród skalnych bloków. Przenajlepsza noc.
Rano się okazuje, że Andriej i Elwira z Rosji rozbili się niedaleko mnie. Ten dzień spędzamy razem, zachwycając się Czufut-Kale, pozostałościami miasta skalnego, skąd widoki pierwszego sortu. Niskie tam progi, dwa razy się rąbnąłem w głowę. Nie zmniejszyło się przecież moje 190 cm wzrostu. W odróżnieniu od wagi, która od wyjazdu z domu, spadła o kilka kilogramów.
Jak ważne jest akcentowanie w językach wschodnich. W rosyjskim, który na Krymie dominuje już niepodzielnie, może nie tyle, co w chińskim, ale też. O czym przekonuje mnie próba kupna „kiefiru”.
Spotykam grupę Estończyków na wypożyczonych rowerach. Najbardziej kontaktowa Riina, socjolożka, w tym roku będzie studiować w ramach Erasmusa w Bolonii.
Lenin wiecznie żywy. Po niejednej jego ulicy przechodzę i przy niejednym jego pomniku toczy się życie towarzyskie miasteczek. Ale poza tym kapitalizm, aż się iskrzy. Zarabia się na wszystkim. Na plażach, w pociągach, na chodnikach non-stop ktoś coś oferuje. Szczególnie namolne są hieny taksówkarskie. Ale może, dlatego, że się aż tak intensywnie myśli o zarabianiu, jest tutaj tak bezpiecznie dla turysty. Niejedyny to paradoks ukraiński.
Przy drodze wylotowej, gdzie stopuję, starsza kobieta ścina trawę i liście dla kur i kóz. Daję jej okrajki z przysychającego chleba. To Ljuda – prawie 70-letnia, domorosła, ludowa artystka (poetka, śpiewaczka, tancerka). Zaprasza na nocleg na ich garażu. Pomagam jej zaciągnąć wózek do domu. Częstują czym chata niebogata ... Mąż schorowany po pobiciu przez brata, który chce im odebrać dom.
Południowy brzeg Krymu. Przyrodniczo cudowny. Po jednej stronie morze, po drugiej – skaliste góry. Słonecznie. Cykady swym donośnym skrzeczeniem oznajmiają klimat śródziemnomorski.
Na zachód od Jałty, gdzie wybrzeże bardziej skalne, liczne domy wypoczynkowe i sanatoria, czasem rządowe, blokują dostęp do plaż. Każą sobie za to płacić. Bezpłatne miejsca tylko gdzieś na uboczu, ale znajdzie się coś i to wcale nie przeludnione. Choć generalnie bardzo tłoczno – dużo nowych ruskich i nowych białoruskich. Polacy też się zdarzają.
Na wschód od Jałty, gdzie przeważają pagóry drzewiasto-winne, problemu z plażami nie ma. Problemem może być nieraz brud. Chociaż woda – to kolejny paradoks – czysta.
Same miejscowości mniej ciekawe od przyrody. Ale są wyjątki. Np. w Ałupce dostojny pałac. Ludzie jeszcze się nie znieczulili na drugiego człowieka. Rano dostrzegła mnie pod drzewami jakaś kobieta i pyta: „młody człowieku, żyjesz?”. Za chwilę facet ostrzega, żebym się stąd lepiej już wyniósł, bo leżę w parku chronionym.
Na autostop trzeba się naczekać – ewentualnie zabiorą Rosjanie czy Łotysze. No to nieraz idę, np. prawie 30 kilometrów do Faros. Swą ignorancję turystyczną przenoszą na mnie i huczą: „zgubisz się”. Nie potrafią podawać odległości w kilometrach, a jeśli już, to rozbieżności są kosmiczne. Moja mapa też zawodzi. Porozumieniu nie sprzyja funkcjonowanie głównych atrakcji pod innymi nazwami niż to, co mam wypisane z przewodnika. Wypróbowuję to, że plecak, obrywający się do kamyków, można ciągnąć na kółkach – ale niespecjalnie jest to wygodniejsze. Hałas silników i spaliny potęgują nastrój antysamochodowy i anty-”cywilizacyjny”. Ale doszedłem – w nagrodę dostaję pół arbuza.
Docieram na plażę i wnet zaczyna się potężna burza z ulewą! Chowam się pod zadaszeniem domu wypoczynkowego. Leżę na leżaku 20 metrów od wzburzonego morza, na którym rozgrywa się festiwal żywiołów. Wszystkie kina i wszystkie efekty specjalne są bezradne, by coś podobnego powtórzyć. Niesłychane katharsis!!! Mordęga z całego dnia może spłynąć razem z tym deszczem. A wyrozumiały strażnik na szczęście pozwala tam przenocować.
Przed Jałtą właściwą, Pałac Liwadyjski. To tu sprzedano Polskę. Niewiele się zmieniło. Wokół nadal się handluje i sprzedaje – teraz już nie państwa, ale tony pamiątkarstwa. Jałtę widzę króciutko. Z jednej strony brzydka, pofałdowana smętkowatość, a z drugiej świecidełkowaty, drogi, wielki światek. Pośrodku dosyć niepozorna perełka w postaci cerkwi Aleksandra Newskiego.
Kuleję, bo odciski. Trochę liczę dni do domu. Przy drodze podpity Andriuszka leży na trawniku i czeka na wczasowiczów chętnych do jego kwatery. Wielu takich na całym wybrzeżu – z kartonem informacyjnym wspartym o drzewo czy płot, spędzają tak całe dnie.
W Sudaku pogenueska twierdza. Na tym polega magia Krymu: jakich wpływów tu nie było – nawet włoskie... Akrobatyczne pozy przepięknej czarnowłosej straganiarki w jaskrawozielonej opiętej sukience – pomaga ojcu w zamontowaniu zadaszenia. Kolacja na skwerze przy popiersiu bolszewickiej przodowniczki pracy z miejscowej spółdzielni winogronowej.
Wychodząc na nocleg do odległej winnicy, słucham zwierzeń młodego moskwiczanina, jadącego na rowerze (przywiezionym tu oczywiście pociągiem). Jest pracownikiem metra. Nienawykły do trudu zapowiada: „to moja pierwsza i ostatnia taka podróż”.
Krajobraz zapiera dech w piersiach (a co się tyczy piersi, to opalanie topless, w odróżnieniu od np. Hiszpanii, tu prawie nie istnieje). Pięknie. Można piszczeć z radości. W Koktieblu prawie bajkowo. Przygrywają „Cztery pory roku” Vivaldiego. Ach tam cztery pory – jedna: lato, lato!!! Kompletna laba plażowa.
W dzień zanurzam rękę, nogi też (żeby rozmiękczyć odciski) w Morzu Czarnym, a nocą, drugą ręką, nogami nie, sięgam nieba białego od gwiazd. Śpię w tysiącgwiazdkowym hotelu. Noce są ciepłe. Inne żyjątka, które śpią ze mną, przędą własną melodię – nie wchodzimy sobie w drogę. Jeśli na nieszczęście jeszcze budzi mnie lekki deszczyk, to się chowam pod mostem drogowym, omijając wcześniej dziury po studzienkach-widmach.
W autobusie (ponoć sztucznie opóźnianym, żeby mogli zarobić taksówkarze) ludzie stłoczeni jak bydło. A jak na ironię, nad miejscami dopisane flamastrem numerki siedzisk. Że niby porządek. Pomiędzy tą ciżbą siedzi kobieta z wielką klasą, zupełnie nietutejsza. Ubrana w Paryżu, o urodzie włoskiej.
Centralna dzielnica Teodozji: cyrk na kółkach – jeden wielki lunapark. „Jak dojść tu czy tam”? – Jakiś typ udaje, że nie wie, o co go pytam, ale najczęściej nie wiedzą, co kwitują beztroskim wzruszeniem ramion. A ja pytam przecież o ruiny zamku, czyli nie o sklep, który otworzono miesiąc temu. A jeśli już wiedzą, to proponują wsiąść w autobus. Nie uznają długiego chodzenia pieszo.
Nocleg na wzgórzu poza miastem. Któryś już raz przed snem oglądam pokaz sztucznych ogni. Na cześć udanego wyjazdu? Nie mów „hop”.
Rankiem zamiast porannej kawy, której nie pijam, ciśnienie podnosi mi groźne wielkie psisko. Wyjątek potwierdzający regułę. Rzuca się w moją stronę. Na tym odludziu ni stąd ni zowąd przechodzi babuszka, która radzi wziąć do ręki kamień. Nie ma czasu, ale jej głos jakimś cudem zbija psa z pantałyku. Ujada, ale odstępuje od ataku. Nie jestem głodny. Najadłem się strachu. Znowu oszczędności. A gdyby mnie ugryzł.... Przecież nie wykupuję turystycznego ubezpieczenia...
Ubezpieczenie można znaleźć w cerkiewkach. Niektóre bardzo pozytywne, bardzo kolorowe, jak pokój dziecinny.
Wbrew przypuszczeniom nie mogę znaleźć części do mojego roweru – 25-letniego urala. Znajduję za to bardzo tanią, lekką, wydajną latarkę. Rychło w czas...
Dziękuję Krymie, do zobaczenia.
Pociągiem znowu w stronę Odessy. Już po wyjeździe z wybrzeża krajobraz staje się generalnie nudny jak flaki. Dzieciaki przekarmione lodami i batonami potwornie kaszlą – nic nie dzieje się przypadkowo. Spomiędzy nich brzmi wagonowy, prosowiecki stary propagandysta. Jestem akurat tak zmęczony i niedospany, że nie ustępuję nikomu miejsca.
Przy przesiadce do dalekobieżnego, żeby w ogóle jechać i mieć miejsce na podłodze, trzeba zapłacić konduktorce. Bo bilety w kasie na miejsca siedzące wyprzedane na dwa tygodnie naprzód. Jadę z grupą czternastu Łodzian. W tak licznym składzie osobowym nie wytrzymałbym dłużej niż dwa dni. Za dużo kompromisów, mimo paru udogodnień.
Wracam inną trasą. Przez Białogród. Bylejaki kawałek morza i plaży, a dzieciaki wniebowzięte. Nie dostrzegają brudnych ruder, pustostanów, złomowisk. Ludzie zadowoleni, nawet jeśli mogą wynająć nad morzem tylko jakiś lichuteńki garaż...
Nie można wyjechać z Ukrainy, nie wypiwszy stakańczyka kwasu chlebowego. Bardziej słodki niż kwaśny, nalewany z popularnych, wszechobecnych beczkowozów. Zostaje mi w kieszeni 15 kopiejek.
Opuszczam kraj, dla którego warto stworzyć neologizm. Tu się jeszcze nie tyle żyje, co głównie „przetrwuje”, czy „przetrwywa”.