podróże kształcą, a czasem odkształcają
data publikacji w serwisie: 20080808
autor: Jacek Bąkowski
Dużo podróżowałem. To znaczy najpierw podróżowałem mało. Trochę autostopem po kraju. Włóczyłem się. A potem nagle poleciałem do Stanów. Miałem już 26 lat. Mieszkałem przez pół roku w Nowym Jorku. Poznałem emigrantów. Nie tylko z Polski. Pracowałem jako windziarz w budynku fabrycznym. W Brooklynie. Na każdym piętrze inny właściciel szył ubrania. Nie sam. Wwoziłem i zwoziłem ludzi różnych nacji. Europejczyków, Latynosów, Amerykanów. Moim bezpośrednim przełożonym był odrażający typ. Pół Polak, pół Niemiec. Prymitywny, brutalny, wulgarny. Przy tym tchórzliwy. Pracował kontraktowo. Podobno konserwował też lodówki w trupiarni miejskiej. U nas miał pod opieką parę /do prasowalnic/, śmieci, ochronę obiektu i windę. W windzie ja. Żelazna klatka z podnoszoną ręcznie kratą z obu stron. Przyciskasz guzik – jedzie w górę, przyciskasz drugi – jedzie w dół. Puszczasz – staje. Przyciskasz guzik na zewnątrz przy drzwiach – dzwoni i jadę po ciebie.
Nocnym stróżem był Krzysztof. Mój kolega ze studiów. Wydział filozofii przyrody. Ja – historia filozofii. Mieszkaliśmy razem. Mijaliśmy się. On z pracy, ja do pracy. Trudną miał służbę. Co pół godziny obchodził fabrykę dookoła i odbijał kartę na znak, że był. Czasem miał ze sobą psa. Pies był szefa. Nazywał się Toby. Owczarek niemiecki. Tak jak połowa szefa. Ten wołał do psa po niemiecku. Toby, komm hier. Eins, zwei, drei. Pies też był głupkowaty. Niezbyt bojowy. Ale pomagał Krzysztofowi. Giulianiego jeszcze w Nowym
Jorku nie było. Był rok 1973. I to był Brooklyn. Miało się stracha. Po niedługim czasie Krzysztofowi zaczęło odbijać. Głównie milczał. Przychodził, rzucał "k.", włączał TV, skakał po kanałach, spał, mówił "k.", wychodził. Potem pojechał do wuja , do Chicago.
Jeszcze na początku dostaliśmy pracę w Passaic, stan New Jersey. U Eddiego. Malowanie obiektów przemysłowych. Wielkich zbiorników na ropę. Takich okrągłych. Eddie zatrudniał głównie Polaków. Po pracy wszyscy szli do knajpy, prowadzonej przez dwie siostry z Legionowa. Palili trawę i pili. Krzysztof lubił wódeczkę. Tego pierwszego wieczoru od razu się upił i chciał się trzaskać z Amerykanami. Bo on lubił się trzaskać. Był ze Szmulek, na warszawskiej Pradze. Więc on pił, a ja szukałem mieszkania. Nie znalazłem. Miałem długie włosy. Nie chcieli wynająć hipisowi. Widziałem nory – sutereny z piętrowymi pryczami wynajmowane przez Polaków. Dziewczyna z baru ulitowała się nad nami. Zawlekliśmy oboje Krzysztofa do niej i spędziliśmy tam noc. Jej narzeczony był kulawy. Kiedy weszliśmy, był zajęty – czyścił pistolet. Nie chciałem zostać w Passac. Owszem, robota była, ale po robocie tylko wóda i trawka.
Kiedyś pracowałem w Szwecji. W 1976 roku. Długo szukałem roboty. Pomagał mi w tym jakiś młody Polak. Był tam na stałe. Uciekinier. Od niedawna. Zawiózł mnie do swojej znajomej, bo "ona ma kontakty". Musieliśmy czekać pod jej domem, aż wyjdzie "kontakt". Pracowała jako prostytutka. Nic nie załatwiła. Trochę pogadaliśmy. Z ciekawością rozglądałem się po jej zakładzie pracy. Ten chłopak – jej znajomy, pamiętam, wiózł mnie samochodem, włączył kasetę z Czerwonymi Gitarami i płakał. Emigranckimi łzami.
W tamtej fabryce w Brooklynie był Polak, który zajmował się śmieciami. Fizycznie. Mówił mi, że pracuje na dwóch etatach, 16 godzin na dobę. Pamiętam, że był chudy i tak jakoś szybko chodził. Nerwowo. Chwalił się, że popracuje jeszcze tylko 3 lata. Do emerytury i wraca do Polski.
Wyjeżdżamy. Wracamy. Jakoś nie ma temu końca. Onegdaj byłem w Białej Podlaskiej. Spotkałem nauczycielkę. Urocza osoba. Pracuje w Dublinie. Chciałaby już tam nie jechać. Ale znów jedzie. Względy ekonomiczne. Niby dobrze, że można jechać. Ale smutne miała oczy.
Ja też pojechałem. w 1981 roku. Z całą rodziną. Żona, troje dzieci. Najmłodsze pół roku. Najstarsze pięć. Toreb też było pięć. Dla każdego po jednej. Paszporty dwa. Dali. Wcześniej czasem odmawiali. A teraz nie. To był typowy eskapizm. Wydawał się światłem w tunelu. Tu było źle. Ze wszystkim. Kłopoty rodzinne. Napięcie polityczne niebywałe. Październik 81. Straszenie wyłączeniami prądu. Zaczynałem właśnie pracować na swoim. Uczyłem się jubilerstwa. Troszkę już zarabiałem. Żyliśmy z tego, co wypracowałem
wcześniej w Holandii. Kiedy tam jechałem, ktoś zapytał mnie na jak długo. "Na 1500 dolarów" powiedziałem, bo tyle potrzeba było na przeżycie okresu nauki. Zarobiłem je w trzy miesiące. Przy tulipanach oczywiście. Niedaleko miasta Haarlem. Wróciłem samolotem, jak panisko, bo mnie deportowano, za brak ważnej wizy.
W nowojorskim Haarlemie kiedyś remontowałem dom po pożarze. Z ekipą. Naszą. Pamiętam, że pracowaliśmy na górze, kiedy nagle ktoś wlazł z ulicy do środka. Wszyscy zamarli w ciszy, ale każdy chwycił coś w rękę. Kij, młotek, dłuto.
W 1981 wyjechaliśmy z Polski z biletem w jedną stronę. Do Wiednia. Potem było roczne siedzenie w pensjonacie w Styrii. Śliczna okolica. Dwadzieścia kilka polskich rodzin. Pamiętam tych ojców, krążących bezradnie wokół pensjonatu z założonymi z tyłu rękami. Nie wolno było pracować. Były jakieś plany – kto, gdzie jedzie. Ludzie pękali. Czekali na Kanadę, ale RPA brała szybciej. No to RPA. Byle już.
Kilka razy odwiedziłem ośrodek dla uchodźców pod Wiedniem. Słynne Treiskirchen. Tam, stojąc na korytarzu byłem świadkiem scen niezwykłych. Otwierały się drzwi, wychodził z nich urzędnik i wołał: dwie rodziny do Nowej Zelandii. I kto był blisko i chciał, mógł zostać dożywotnim Nowozelandczykiem. A pół godziny później inny wołał: jedna rodzina do Wenezueli. Jeśli właśnie stałeś w korytarzu i chciałeś...
Można się było poczuć obywatelem świata. Dzięki generałowi w ciemnych okularach, oczywiście. Stan Wojenny trwał. Świat był dobry dla nas, biedaków.
Raz musiałem służyć za tłumacza. Z języka niemieckiego. W Austrii. Nie znam niemieckiego. Uczułem się go przez pięć tygodni dawno temu. Ale gospodarze pensjonatu uważali, że umiem. Więc policja też. Chcieli przesłuchać jednego z naszej grupy. Podobno kradł w supermarkecie. Dziwnie się czułem w tej roli. Nie tylko językowo. Ten Polak przyjechał na obczyznę eleganckim volkswagenem busem i wyglądał na leniwego bezczelnego kombinatora. W ogóle dziwne było to wszystko. Ta emigracja. Ten pensjonat.
Ta Austria.
Mieliśmy jechać do Kanady. Mieliśmy listy polecające. Do ludzi i instytucji. Wysłałem. Nikt nie odpisał. Australia, według uchodźczych przekazów jawiła się bezpiecznie i miło. Więc wybraliśmy. Przyjęto nasze wnioski. Obywateli świata.
„A tam zaraz blisko, to było lotnisko”. Jeszcze trochę czekania i hop. I już jesteśmy w Melbourne. Ale mamy „putiowku” do Adelaide. W Melbourne wolno nam zostać tylko jeden dzień. Tyle wyprosiła nasza znajoma w ichnim Immigration. Jeśli znajdę pracę w ciągu tego dnia, to możemy tu zostać. Jak nie – Adelaide. Szukaliśmy. Nie znalazłem. Autobus i 800 kilometrów przez żółto-szare pustkowie. Outback, mówią u nich. Nic po drodze poza owcami i jednym chyba strusiem. Z daleka. W Adelaidzie obóz w dawnych barakach wojskowych. Kantyna. Szok. Bardzo kulturowy. Stress gigantyczny. Głównie u Ewy. Ona już w Austrii leciała na prochach.
Lot do Australii z Wiednia przez Frankfurt omal nie skończył się dla nas w Atenach. Tam samolot lądował po paliwo, ale i po pomoc medyczną dla Ewy. Dzieci zostały ze stewardessą, a ja z pracownikiem lotniska wieziemy Ewę do lekarza. Noc, Upał. Jakieś tunele. Blade jarzeniówki. Mały oszklony boks. Młody włochaty medyk. Zastrzyk z valium. Głośne zapewnienia, że puls już się uspokaja. Do mnie mruga, że trzeba tak mówić, bo sugestia pomaga. „masz tu drugą porcję valium. Jakby coś się działo, to jej daj”. I wręcza
mi strzykawkę. „A tak w ogóle, to niezły musisz mieć z nią bal” – diagnozuje bystrze. Ma rację. Przecież lecimy na koniec świata, by w nowym miejscu układać wszystko od nowa.
„W tych barakach nie da się żyć”, twierdzą znajomi z Austrii. Przyjechali wcześniej. Mają tu ciotkę. Mieszkają już na swoim. Pomagają nam szukać czegoś do wynajęcia. Zaraz, natychmiast. Całą sobotę szukamy. Nic. Chcemy coś małego, taniego. Ale dla 5-osobowej rodziny nic małego być nie może. Tak uważają miejscowi. Przypominam sobie o starszej pani z autobusu. Melbourne – Adelaide. Przy wysiadaniu dała mi kartkę z adresem i zaprosiła do siebie, bo mieszka nad morzem. Uśmiechnęła się bardzo miło. Jadę pod ten adres. W desperacji. Może kogoś zna. Może wie, gdzie skierować. Przecież jest miejscowa. Nie zna, ale pomoże. Zaprasza do siebie. Całą rodzinę. Już teraz. O 9 wieczorem.Nie do wiary. Nie musimy wracać do baraków. Tylko ja jadę ze znajomym po rzeczy.
Flora wita nas jak swoich. Wszystko jest przygotowane. Nawet dziecięce łóżeczko dla Nikodema. ze świeżutką pościelą. Jak w bajce o dobrej wróżce. Flora ma około siedemdziesiątki. Mieszka sama. Od kilku lat wdowa. Dzieci porozrzucane po kraju. Zobaczyła nas, jak wracała od syna z Melbourne. Nikodem się do niej wdzięczył. Podobało się jej, jak troszczyłem się o Wietnamczyków. Strasznie chorowali. Karmiłem ich austriackim aviomarinem. „Posiedzicie u mnie, aż znajdziecie jakiś kąt. Możesz dzwonić z mojego
telefonu. Nie przejmuj się. Wszystko się ułoży. A ty Dorotko idź do ogródka i pozbieraj do
koszyczka pomarańcze spod drzewa”. Nie układało się. Po dwóch tygodniach Flora
wyjechała z powrotem do syna Malcolma, do Melbourne. Żebyśmy nie czuli się skrępowani.
„A wy sobie tu jeszcze siedźcie”, powiedziała.
W pogotowiu kwaterunkowym /Emergency Housing/ powiedzieli, że dostalibyśmy lokal
od ręki, gdybyśmy byli na przykład w przytułku. Znalazłem w książce telefonicznej przytułek.
Jakiś luterański chyba. Przyjęli. Dwa tygodnie mieszkaliśmy w boksie z białej nietynkowanej cegły. Kuchnia i toalety wspólne, ale czysto. Obok mieszkał desperat Anglik z córką nastolatką. Nienawidził Australii. Córka też. Przed przytułkiem poznałem Billa. A właściwie on mnie zaczepił. Czerstwy jeszcze nie pięćdziesięciolatek. Emeryt. Miał córeczkę w wieku naszych dziewczynek. I chyba żonę, gdzieś w Australii. Ta córeczka – Ashley, była ciągle zasmarkana. Bill zapisał ją do żydowskiej szkoły. Bo była niedaleko. Kiedyś zaprosił nas na kolację. Wielki dom z basenem. Smaczne steki na na bardzo brudnym stole. Bill był
pilotem. Latał nad plażą i wypatrywał, czy rekiny nie płyną. Później odwiedzał nas często. Zawsze przynosił wielki pęk liści szpinaku. Raz przyniósł krzesło. Sam je zaprojektował. Chciał opatentować. Miły był. Jeździł alfa romeo. Tam, to symbol powodzenia. Cła na auta europejskie są zaporowe. U nich jeździ się holdenami. Nie widziałem żadnego holdena w Europie.
Z powodu niedyspozycji psychicznej Ewy nie mogłem podjąć pracy. Za to sporo pracowaliśmy nad wyjazdem z Australii. Już w autobusie do Adelaide, Ewa rzuciła retoryczne pytanie „Gdzie ty nas przywiozłeś”. Przez dwa lata wisiało ono nade mną jak miecz. I cały czas walczyliśmy o reemigrację. Gdzieś do Europy. Australia była opiekuńcza, ale drastycznie nie-europejska. Klimatycznie surowa, kulturowo szokująco odmienna, kulturalnie pustynna.
Odwiedzała nas tęga żona miejscowego śmieciarza, pracownika MPO. Mieli chyba z 10 dzieci. Byli katolikami. Ona mówiła, że musi odpocząć, więc zostawiła dzieci i uciekła do nas. Po dwóch godzinach wracała. Dużo się śmiała. On był piękny. Gotycki święty. Zmierzwione, krótkie włosy. Broda, wąsy. Bardzo szczupły. Wyprostowany. Twarz jaśniejąca spokojem i dobre oczy mistyka.
Przychodziła też siostra zakonna. Zapytać o dobrostan. Był złostan, ale utajniony. Opowiadała w kuchni swoje losy. Wywózkę z rodziną w głąb Rosji. Śmierć ojca i braci. Ona z matką w tajdze, przy wyrębie drzew. Dopiero powyżej -40 oC nie pracowali. Najgorzej mieli najsilniejsi. Oni rąbali pnie. Jeśli ktoś chciał odpocząć, to siadał i zaraz zasypiał i zamarzał i takich pokurczonych wieźli z powrotem na saniach. Potem z Andersem przez Indie, Persję, Włochy trafiła do Anglii, a stamtąd do Australii. Spod Lwowa.
Ot podróże. Przymusowe i z własnej woli. Frans też sporo podróżował. Tyle, że głównie na jednej trasie. Niderlandy – Australia. Spotkałem go, kiedy już pracowałem. Bo pewnego dnia Ewa zapytała – „dlaczego ty właściwie nie pracujesz?” Więc zaraz wyszedłem z domu i znalazłem pracę. Nawet dwie. U jubilera, na czym się trochę znałem, i w pracowni witrażu, na czym znałem się lepiej. U Terry'ego Beastona młodego Amerykanina. Tam pracował też Frans. Ale już kończył, bo otworzył własną pracownię. Więc ja po nim.
Ale zanim dalej o Fransie, jeszcze troszkę o Terrym.
Terry był z Seatle. Stan Washington. Po studiach pedagogiczno – artystycznych ruszył na praktykę do Adelaide. Stan Południowa Australia. I zaraz się zakochał. I ożenił. I zabrał żonę do Seatle. Ona też uczyła plastyki. Pracowali oboje. Ale tylko rok. Ona nie mogła wytrzymać w Stanach. Odmienność kulturowa – tłumaczyła. Tęsknota za domem. Wrócili. Terry założył pracownię. Dobrze mu szło. Robił nowe witraże i remontował stare. A ja z nim. I gadaliśmy. On opowiadał, że marzy mu się, by wrócili do Seatle. Tęsknił za domem, za krajem. Nie wrócili. Sprawdziłem w Googlu, że dalej pracuje w Adelajdzie. Kiedyś zaprosił nas na barbecue. Pamiętam, że na ruszcie było tyle mięsa, ile wtedy u nas dla całej rodziny przydzielano na miesiąc. Na kartki, oczywiście.
Teraz Frans. Bardzo go lubię. On lubi Keitha Jaretta. W Australii nie widywaliśmy się często. Parę razy zaledwie. Raz widziałem jego dziewczynę. Dziennikarka, niezbyt miła. Frans odwiedził nas w Wigilię. Bez zapowiedzi. Bez świadomości, że to Wigilia. My byliśmy już po. Tradycyjnej. Ale przybył gość i na stół świąteczny wjechały po kolei: barszczyk, ryba, pierożki itd. On jadł, a dzieci śpiewały kolędy. Wyszedł oszołomiony. To był grudzień 1983. Wyjechaliśmy z Australii w połowie 1984. Kontakt się urwał. Chyba z 15 lat później Frans dopadł mnie telefonicznie. W Warszawie. Ja już po rozwodzie. Byłem mu potrzebny jako ekspert. Od reemigracji. Rozmawialiśmy ponad godzinę. Chciał wracać do Holandii. Na stałe. Bał się tego ruchu. Pytał, jak daliśmy sobie radę. „Ani jednego dnia nie żałowałem, że wróciłem” – odpowiedziałem szczerze.
Wymieniliśmy korespondencję. Z niej wiem, że kiedy już miał się ostatecznie rozstać ze swoją dziennikarką, zaszła w ciążę. Urodziła córeczkę. Frans cieszył się ojcostwem. Z sądowego przydziału. z rozdzielnika. Po jakimś czasie dziennikarka oskarżyła go o molestowanie dziecka. Był sąd, przesłuchania, oczyszczenie z zarzutów, ale spustoszenie jego wrażliwej psychiki. Niemal do granic samounicestwienia. Uciekł po tym wszystkim do Holandii. Po roku poznał Annę, zabrał ją do Australii. Odbudował witrażowy interes. Nieźle mu szło. Ale Anna nie pokonała odmienności kulturowej. Chciała wracać. Wtedy właśnie do mnie zadzwonił. Żebym poradził. Radziłem. „Nieważne jaką decyzję podejmiecie. Ważne jak będziecie w niej konsekwentni. Jak bardzo uda wam się nie oglądać za siebie”.
Wreszcie dostałem list z Holandii. Ucieszyłem się, że będę mógł odwiedzić ich w Amsterdamie lub Hadze. Byli już w Europie od 3 miesięcy. Pieniądze im się kończyły. Frans nie znalazł miejsca na pracownię. Skończył się boom na witraże w Niderlandach. Stare były już wyremontowane, a nowych nie potrzebowali za dużo. Ogromna konkurencja. „Jeśli zaraz nie kupimy biletów z powrotem, to następna okazja będzie nie wiadomo kiedy”, napisał. I następny list dostałem już z Adelaide. Pracownia witrażu zaczynała powoli działać. Niedawno Frans pisał znowu. Jakoś sobie radzą. Keith Jarett pomaga.
Czym się mierzy koszta emigracji? Kubłami środków uspokajających. Starsze już małżeństwo. Oboje z Bydgoszczy. Mieszkają w kwaterunkowym domku z ogródkiem. Ona chora na nerki. „W Polsce już bym nie żyła”. Syn skończył uniwersytet w Adelaidzie. Mieszkają sami. „Czasami to człowiek chciałby tłuc głową o ścianę z tęsknoty. Nie wiem, po co tu jestem”.
Doktor Czechowicz. Dyrektor wielkiego szpitala psychiatrycznego. Przyjechał do Australii jako 14-latek. Poznany przez znajomości. Ma pomóc w wyjeździe z Australii. Pisze opinię o nieprzystosowaniu. Zna się na tym. Powszechna prawda mówi, że szok kulturowy trwa dwa lata. On wie więcej. „Nawrót dla wielu przychodzi po 10-11 latach. Sporo ludzi tu trafia”, mówi. Australia jest wspaniała. Kultura Aborygenów niezwykła. Cudowne bogactwo duchowości. Prostota materialna. Fascynujące. Doktor Czechowicz zna się na tym. Bada. Jeździ do buszu. „A poza tym, w Australii można mieć wszystko, jeśli się chce. Trzeba tylko
poszukać. Albo sprowadzić”. Nie da się sprowadzić miejsca, skąd się pochodzi. Można sprowadzić rodziców, bibliotekę domową, pamiątki samochód alfa romeo. Dla wielu ten jeden brak przewartościowuje wszystko inne.
Aborygeni w Adelajdzie wałęsają się grupami po mieście. Piją. Słabo się adaptują do cywilizacji białych. Jest Ministerstwo do Spraw Aborygenów. Ale w Muzeum Narodowym w Adelaide znaleziono podczas inwentaryzacji zmumifikowane zwłoki trzech Aborygenów z wytępionego plemienia. Powstał problem. Zostawić jako eksponaty, czy pochować?
Wypchany Sabała jako okaz górala. Aborygen, gdy się znajdzie w szpitalu, sprawia same kłopoty. Pytany o imię milczy. Honor nie pozwala mu ujawniać imienia obcym. Imię wypowiada się z własnej woli. W pewnych okolicznościach. Jako deklarację przyjaźni. Pytanie, co boli, też pozostaje bez odpowiedzi. Bólem się nie dzielimy. Miał rację wielki Albert Schweizer, gdy tańczył, mruczał i palił kadzidła wokół czarnego pacjenta, zanim zrobił mu zastrzyk dożylny lub zmierzył ciśnienie. Kiedy dopada cię cywilizacja, musisz do niej emigrować, lub zginąć.
I kubły środków uspokajających, alkohol albo inne środki. Siedzimy więc przy alkoholu. We czterech. Sami panowie. Wyskoczyłem na chwilę do sąsiada zapytać, czy pozwoli zadzwonić ze swojego telefonu do Europy. Bo my telefonu nie mamy. Bo my wyjeżdżamy z Australii. Wszyscy czterej to Polacy. Rozmowa wiadomo. O Polsce. Coś mnie zaciekawia. Każdy z nas mówi nieco innym polski. Nie akcentem, nie
regionalizmem. Każdy używa pojęć i argumentacji z tego czasu, który pamięta sprzed wyjazdu. Kuzynka Isi mieszka w Kanadzie. Nie urodziła się w Polsce. Mówi „Poczekaj, muszę założyć nylony”. Tak na pończochy mówiono przed wojną i jeszcze w latach 50. Nylony. Rajstop jeszcze nie było.
Kubły środków uspokajających. Dobrze, że nie stał ich pełen kubeł w naszym boksie, w przytułku. Nikodem miał bez mała 2 lata. Znalazł pudełeczko i wybrał z niego małe pastyleczki. Ile ich połknął, nie wiadomo. Wpadł w amok. „Wezwij pogotowie”! Lecę do kierownika. Ten deklaruje, że zawiezie Ewę z synem do szpitala. „Wezwij pogotowie”! – krzyczy Ewa. Wzywam. Przyjeżdża. Bez lekarza. Wiozą do szpitala. Tam tylko badają i obserwują. Stan się poprawia. Wracają. Nikodem śpi, nic mu nie jest. Rachunek za pogotowie 240 dolarów. Piszę podanie. Rozkładają na raty. Spłacamy z zasiłku, oczywiście. Bo przecież nie pracuję. Nie mogę. Długo jeszcze nie będę mógł. Przez cały rok.
Staramy się o powrót do Europy. Do Szwajcarii. Mogliśmy się o nią ubiegać jeszcze w Austrii. Mieliśmy propozycję. Do Rappersville'u. Wtedy odradzano nam. Rolf odradzał. Rolf jest przyjacielem Rosi. Rosi mieszka w Austrii. Rolf w Bazylei. Rolf jest z Lubeki. Wyemigrował do Szwajcarii. Ożenił się. Naprawia sprzęt RTV. Jest bardzo miły. On i Rosi odwiedzili nas w pensjonacie w Styrii. Znamy się od 1974 r. Poznałem ich na autostopie w Hiszpanii. Wracali busem z Afryki. Rolf: „Mieszkam już tyle lat w Szwajcarii i ciągle nie jestem u siebie. Nie uważają mnie za Szwajcara”. Rosi: „Szwajcaria to dziwny kraj. Jeśli pojawi ci się nad głową jakikolwiek balonik fantazji, zaraz ktoś ci go tam przekłuje”.
Nasze starania o powrót do Europy wyglądają tak: dzieci idą spać. My siadamy do korespondencji. Ewa podaje argumenty. Ja je szlifuję i formułuję po angielsku. Nie będę ich przytaczał. Sumienie trochę niespokojnie się wierci. Wtedy też nie spało spokojnie. Za dużo ludzi uważa Australię za raj. O tym trudno pisać. Ale wspominałem już gdzieś, że kiedy jest rozmowa o stanie wojennym, ja milczę. I czuję dyskomfort. Że mnie tu nie było. A reszta była. I jakoś żyła. Niektórzy umarli. Dorota S. Tragiczny wypadek? Zemsta reżimu? Własna decyzja? Nie wiadomo. Tomek przysłał mi nekrolog. Otwieram kopertę. Grom!
Kiedy temat Szwajcarii upadł, wiadomo było, że do Polski. Stan wojenny już się skończył. Ale decyzja nie była łatwa. Mama Ewy pisała: „Nie wracajcie tu, bo was zabiją”. Mój Ojciec pisał: „Możecie wracać. Jakoś sobie razem poradzimy”. Inni pisali: „Hania wyszła za mąż”, albo „postawiliśmy nowy płot”. Dzwoniłem do Polski z automatu na kempingu. Najpierw zbierałem 20-centówki ma stacjach benzynowych. Była 2 w nocy. Pani operator informowała. ile mam wrzucić monet i łączyła. A ja pytałem najróżniejszych, czy można wracać. Czasem aż ich zatykało. Co odpowiedzieć. Przecież jakoś żyli. Ale wracać z Australii? Niektórzy znajomi z Adelaide mówili. „Chyba zwariowaliście. Do czego wracać?”
Ale na razie staramy się o Szwajcarię. Po naszej stronie walczy jak lew Andrew Goodwin Gill, Radca Prawny Wysokiego Komisarza do Spraw Uchodźców na Australię i Oceanię przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jestem z nim w kontakcie listownym i telefonicznym. Zbieramy dokumentację. Chłoszczemy Australię. Czuję jak sumienie, gdzieś głęboko w środku wije się i skręca. Ale chłoszczemy. Ewa mówi – ja piszę. Ja mówię – Goodwin Gill słucha i radzi. Bo jemu udało się już kiedyś odesłać Czeską rodzinę do Austrii.
Nagle otwiera się nowy kanał możliwości. Wszystko przez pana Krupkę. Złoty człowiek. Nauczyciel w polskiej szkółce. Emigrant z Anglii, powojenny, ożeniony z Australijką, czworo dzieci, katolik, pracowity, spokojny, serdeczny, pomocny. Nowy katolicki kanał możliwości. Trzeba pisać do Katolickiej Organizacji Pomocy dla Emigrantów. Przez biskupa w Sydney trzeba pisać. Piszemy. Zgadzają się pomóc. Deklarują opiekę w Szwajcarii. Pomoc w znalezieniu zakwaterowania i pracy. „Wspaniale” – woła Goodwin Gill do
słuchawki. Będziemy się na tej podstawie odwoływać. Bo Szwajcaria już zdążyła odmówić. „To mocny argument, takie poparcie”. Piszemy, czekamy.
Całe życie to rodzaj gry, a raczej gier wielokrotnych – mówi prof. Robert Aumann. „Gra Szklanych Paciorków” Hermana Hessego też coś o tym mówi. Dziś skłonny jestem się do tego przychylić, choć nie bawi mnie role-playing. Ale przecież wiedziałem od pewnego momentu, że skończy się to powrotem do Polski. Czułem to. I bardzo tego chciałem. Ale bałem się zapeszyć. Choć przesądny nie jestem. Chyba.
Więc grałem w tę grę z pełnym zaangażowaniem. A skoro tak, to trzeba walczyć. Atakować kwaterę główną. Napisałem do Watykanu. Lista załączników długa. Robi wrażenie. Chyba trochę się dziwił mój sąsiad, od którego dzwoniłem. Przychodzę. Pytam, czy mogę zadzwonić do Europy.
– Operator? Proszę z Watykanem! Watykan? Proszę z VII dykasterią.
Tam już leżały nasze pisma i poparcia.
– Waszą sprawę przekazaliśmy nuncjuszowi w Szwajcarii. Ma się nią zająć.
– Dziękuję. Operator? Proszę z Nuncjuszem Apostolskim w Szwajcarii! Hallo...”
Sumienie wierci się jakby bardziej. Ale gra wciąga.
– Owszem, rozmawiałem o was z władzami, ale okazało się, że już podjęli ostateczną decyzję. Odmowną. Nic się nie da już zrobić.
Uff! Odetchnąłem i wracam z hiobową wieścią. Więc wracamy do Polski. Może nas tam nie zabiją. Na lotnisko wiezie nas pracownik Immigration, Mr Rotellini, Włoch z pochodzenia. Poznałem wcześniej innego Włocha. Kiedy szukałem pracy, jako jubiler. Siedział ze mną ów Włoch w jego wielkim aucie (pewnie holden) i gadaliśmy o emigracji. „Panie – mówił – ja tu jestem już ze 20 lat. Dzieci całkiem są australijskie. Mam trzy sklepy z biżuterią w mieście. Nie mam źle. Ale czasem bierze mnie ochota, żeby się spakować w dwie godziny i wracać do Włoch, i zostawić to wszystko”. A ja poszedłem go tylko zapytać o pracę.
Mr Rotellini jest bardzo miły, taktowny. I ma w kieszeni nasze bilety do Warszawy. Przez Londyn. A my mamy trochę bagażu i 150 dolarów. „Zapytaj go – mówi Ewa – co by było, gdybyśmy teraz zrezygnowali”.
Więc i ona gra. A taka przy tym zdeterminowana. I tak bardzo nie chce wracać. „Dokąd samolot nie wystartuje, możecie zmienić decyzję. Ale chyba nie myślicie, że byśmy wam jeszcze w czymkolwiek pomogli” – kończy szczerze Mr Rotellini. „W Londynie zaopiekuje się wami pan z naszego Immigration” – dodaje asekuracyjnie.
Faktycznie, czeka na nas pan w płaszczu. Starszawy. Prawie łysy. Nie ułatwiam mu życia. „Chciałbym skontaktować się z brytyjskim Immigration” – informuję go na prośbę żony. Popłoch. „Ja pójdę ich poszukać, a pan zostanie z żoną i dziećmi”. Popłoch. Pan leci za mną. Wpada do biura Immigration
przede mną. Widzę przez szybę jak gestykuluje i peroruje. Urzędnik grzecznie zaprasza mnie do środka. Rozmawiamy. Tłumaczę. W Australii nie dało się żyć. (Sumienie wierci się mocno). Do Polski boimy się wrócić. (Sumienie wierci się w drugą stronę). Co będzie, jak odmówimy teraz wejścia na pokład?
– Teoretycznie możecie starać się o pozostanie w Brytanii. Ale nigdy wcześniej się o to nie staraliście. Praktycznie potrwa to ze dwa tygodnie i dostaniecie odmowę. Teraz nie jest łatwo o pozytywną decyzję. Wiem to z doświadczenia.
– I co wtedy? – pytam jako uczestnik gry.
– No, jeśli nie będziecie chcieli lecieć do Polski, wyślemy was z powrotem do Australii. Wszak stamtąd przylecieliście.
Uff! Powtarzam małżonce – wyślą nas z powrotem do Australii.
Na lotnisku Okęcie jakiś sierżant otworzył nasze paszporty. „A! Uchodźcy wracają”. Przyniósł papier i kazał pisać, gdzie byliśmy, z kim kontaktowaliśmy się itp. „Tylko pisać wyczerpująco!”, dodał. Mówię Ewie – pisz to, co ja: „Wyjechaliśmy, bo groziła wojna. Wróciliśmy, bo wojna się skończyła. W Austrii i Australii opiekowały się nami rządy tych krajów. Nie zaznaliśmy żadnych upokorzeń. Nie głodowaliśmy. Opiekowano się nami wzorowo”.
Udało się. Nie pokazywano nas w telewizji jako uciekinierów z „raju”
Sporo się działo od tamtego powrotu. Amplituda napięć była niemała. Jak to w życiu. Ale dalej nie żałuję ani jednego dnia po powrocie. Chętnie pojechałbym do Australii jako turysta. W myśl zasady, że podróże kształcą. I odwiedziłbym Fransa. Posłuchalibyśmy razem Keitha Jaretta.