wielokulturowość – kilka obrazów
data publikacji w serwisie: 20080808
autor: Klara Kopcińska
Na plaży para około trzydziestki próbuje puszczać latawca, on brunet w kapeluszu, pełen testosteronu, ona zgrabna w ładnym kostiumie moro ze śmieszną kępką rudych włosów spiętą na czubku głowy. Trzyma kółka przytroczone do linek, jemu przypadła niewdzięczna rola biegania po obwisły płat, kiedy manewr poderwania latawca się nie uda. Czyli non-stop. Pofalowany nylonowy łuk startuje z rozłożonych rąk mężczyzny, unosi się na jakieś 3-4 metry i nagle lotem koszącym pruje w trawiaste wydmy. „W lewo, w lewo, uważaj na ludzi, o Jezus” – pokrzykuje dość grubiańsko brunet coraz wolniejszym krokiem wkraczając w zaostrzone źdźbła traw, gdzie latawiec wykonuje właśnie ostatnie podrygi. Kobieta potrząsając zabawną kępką podobną trochę do występującej tu chronionej trawy wydmowej piaskownicy, stoi zakłopotana i bezradnie rozkłada ręce z kółkami. Gdyby wykazała się nieco większą gracją, być może latawiec wystartowałby, ale ona rozkłada tylko te ręce, zamiast trochę się ugiąć, podejść go, oczarować jakimś płynniejszym ruchem, który spowodowałby, że latawiec pokręci się, pokręci, ale w końcu wystrzeli w niebo, jak kiedyś ropa w Karlinie i tam już zostanie. A ta tylko te ręce. „Nie ruszaj” – warczy coraz bardziej rozsierdzony nieudolnością rudej mężczyzna, a wtedy ona po raz pierwszy robi jakiś bardziej celowy ruch, jakikolwiek ruch oprócz rozkładania rąk – latawiec powoli zrywa się do lotu... i nagle wszystko na nic – kobieta rzuca kółka w miejscu, gdzie stoi, zdezorientowany latawiec wali niespodziewanie bruneta w kapelusz, a ona pędzi co sił w nogach za żółtawy parawan, gdzie zaczęło właśnie kwilić nie występujące jak dotąd w tej scenie dziecko. Facet zrzuca z siebie obezwładniony kawał nylonu i ze złością spogląda w stronę porykującego parawanu. Po oczach błyskających spod ronda kapelusza widać już, że wejdzie w nią dziś wieczorem z zaciśniętymi zębami, bez żadnego ale, nie bacząc na jęki amerykanki obitej skajem przypominającym skórę dinozaura, obciągnięte guziki wrzynające się w plecy i golenie, ani na duchotę panująca w hermetycznym pokoju z plastikowymi oknami. Miejmy nadzieję, że tam za parawanem kwiczy syn, który ambitną rolę sterowania latawcem będzie już za parę lat wypełniał z większym niż matka poczuciem misji.
* * *
Wbrew pozorom różnice kulturowe przebiegają po zupełnie innej osi niż zakładają różne ogolone głowy i niedowartościowane malarzyny. Przynależność etniczna to jedno, ale kultura to zupełnie co innego (w dzisiejszych czasach, kiedy trzeba wszystko skomplikować, należałoby pewnie powiedzieć „etniczność to jedno, a kulturowość – drugie”, ale ja jednak pozostanę przy tej pierwszej wersji).
Jeśli chodzi o kontakty międzyetniczne, to zostałam na nie przygotowana można rzec jeszcze prenatalnie, a wręcz prekoncepcyjnie. Otóż moja matka będąc w Indiach na początku lat 60' kilkakrotnie stała się przedmiotem wręcz ataku ulicznych wróżbitów, którzy – mimo protestów i, co ciekawe, bez domagania się zapłaty – postanowili uświadomić ją, że w 1967 roku urodzi utalentowanego potomka płci męskiej. Mama zbywała ich uprzejmym uśmiechem, chociaż pewna notoryczność zaczęła wprawiać ją w zakłopotanie, tym bardziej, że w rzeczonym 67 miała mieć lat 41 i jakoś nie spodziewała się rozmnażać. Wkrótce potem napotkała bardzo wykształconego zielarza, który miał jej pomóc na alergie, ale stwierdził, że woli swoim kunsztem wspomóc jej płodność. Zaaplikował jej oryginalny miks, w skład którego oprócz kombinacji składników roślinnych wchodziły m. in mielone perły i miejmy nadzieje, że nie język smoka i koci ogon – i kazał oczekiwać rezultatów. Był rok 1963 i na razie nic się nie działo.
Mam jednak wrażenie, że to wtedy w Indiach w 1963 roku zostałam poczęta, choć urodziłam się istotnie dopiero w roku 1967 z 41-letniej matki, która już niczego się po mnie nie spodziewała i pewnie w duchu urągała hinduskiemu doktorowi, że kazał jej pić wywar z psiego ucha i zrobił w bambuko. Świadoma jako posiadaczka grupy ARh-, że jestem dzieckiem konfliktu serologicznego, przekonana, że rodzi syna, który za chwilę będzie nosić imię Konrad (a na drugie Adenauer, jak brzmi rodzinna anegdota), nieświadoma za to, że ma genetyczny problem polegający na niewystępowaniu skurczów porodowych (nie wiadomo po kim, ale za to dziedziczny, jak miałam okazję przekonać się 28 lat później), moja 41-letnia pedantyczna matka po zejściu wód płodowych o 1 w nocy posprzątała mieszkanie, wykąpała się, zakręciła włosy, zrobiła sobie pedicure i manicure, a następnie wyprasowała ojcu parę koszul, zrobiła śniadanie i, kiedy obudził się o 7 rano, oznajmiła, że chciałaby pojechać do szpitala. W szpitalu, na warszawskich Bielanach wkroczyła na oddział pełen przedziwnie zachowujących się kobiet, które chodziły, krzyczały, wiły się, wyły, a niektóre nawet przeklinały. Moja mama, córka i wnuczka Sybiraków, Legionistów i obrońców Lwowa, której ciało w dodatku nie robiło nic, by pozbyć się dojrzałej do zwodowania zawartości, uważała takie zachowania za niegodne i co najmniej w złym tonie. Sama postanowiła więc zdystansować się wobec wydarzeń i siedzieć cicho, dopóki jej ktoś nie zauważy. Kiedy nastąpiło to wreszcie około południa i lekarze zdali sobie sprawę z powagi sytuacji, wyciągnął się w jej stronę z tuzin rak, zapakowano jej na nos maskę z chloroformem, a ostatnie, co zapamiętała, to pytanie, czy mają ratować ją czy dziecko. Nie zdążyła szczęśliwie podjąć swojego „Sophie's choice”, bo odpłynęła, a kiedy wróciła do rzeczywistości, okazało się, że wybór nie był potrzebny. Przeżyła i urodziłam się ja.
* * *
Potem, w przedszkolu w Afganistanie, chociaż specjalnie nie wiedziałam, o co w tym chodzi, okazało się, że świetnie dogaduję się z koleżanką z tegoż Afganistanu, o dźwięcznym imieniu Kobra i z koleżanką z Indii imieniem Naveena, a wcale mi nie po drodze z dużo bardziej fizycznie – i kulturowo – podobną do mnie niejaką Pippą ze Szkocji...
W Londynie w London International Film School jako relikt – pospołu z Greczynką – kultury europejskiej, wrzucona gdzieś między Islandczyka, Afrykanera i chłopca z Hong Kongu, który chciał robić filmy o walkach wschodu – odebrałam prawdziwą lekcję pokory. LIFS słynie z tego, że jak się ją ukończy (czego niestety nie zrobiłam), to człowiek ma pracę w branży do końca życia, w najbardziej wymagających ekipach, bo kilka semestrów w tym internacjonalnym blenderze czyni nas najbardziej elastycznymi ludźmi świata. Nasz opiekun roku, potomek austriackich Żydów , urodzony w RPA, ojciec dwojga dzieci własnych i dwojga adoptowanych z Ameryki Południowej, na pierwszym spotkaniu zapewnił nas, że możemy się do niego zgłosić, jeśli będziemy mieć depresję, myśli samobójcze, niechcianą ciążę, lub gdy zauważymy, że któryś z kolegów ma poważne problemy psychiczne (typowe dla austriackich Żydów podejście).
Na etapie analizy etiud poprzednich roczników miałam ostre starcie z jedyną w tej szkole Brytyjką, bardziej czarnoskórą niż Teddy – Południowoafrykańczyk. Jacyś wyjątkowo głupkowaci Włosi zrobili trzyminutowy dramat (bolączka amatorów – zacząć od dramatu i przedstawić go w pierwszej etiudzie w 3 minuty), w którym bohater (biały astmatyk) śledzi swoją niewierną dziewczynę (białą nie-astmatyczkę) po to, by znaleźć ją w objęciach kochanki (czarnej nie-astmatyczki). Protagonista ów biega po całym mieście (szybko, bo musi zdążyć w 3 minuty) rzężąc niemiłosiernie, dysząc, śliniąc się, dusząc, a kiedy dopada bezbożnice, czarna pluje mu w twarz, a biała zachowuje się jak typowa blondynka. Z grubsza to był koniec filmu. Brytyjka zaatakowała pierwsza, twierdząc, że film jest rasistowski, bo czarna jest obrzydliwa i pluje. Na co ja – astmatyczka i blondynka – zripostowałam, że film jest generalnie antyhumanistyczny, bo blondynka jest głupia, a astmatyk się ślini. Zostałam zrównana z ziemią jej wykładem na temat mojej wrodzonej, ze względu na kolor skóry, niemożności zrozumienia kogoś, ko jest od urodzenia czarny, czyli gorszy. Moje próby argumentacji, że jako osoba urodzona w komunistycznym kraju byłam gorsza w jej świecie przez wiele lat (jak się zresztą okazało to była przyczyna fochów podpuszczanej przez rodziców – jakichś najwyraźniej szkockich maccartystów – Pippy) na nic się nie zdały. Wbiłyśmy się z Greczynką głębiej w stareńkie kinowe fotele, a wieczorem obżarłyśmy się baklawą.
Najgorsze jednak było to, że wpadłam w oko Alemu – Irańczykowi pod czterdziestkę, który rozpaczliwie szukał żony (jak to Irańczyk). Gdy tylko pojawiałam się w kantynie prowadzonej przez Portugalczyka, gdzie kanapki serwowano na aluminiowej tacy z widokami Warszawy – pamiątce po poprzednim „ajencie” Polaku – wyrastała przede mną szklanką herbaty i ciastko, a Ali zagadywał mnie zawzięcie na temat polskiej kultury. No dobra, nauczyłam się w przerwach przywdziewać czapkę niewidkę i lecieć na Covent Garden po dużo droższe kanapki lub na stację metra po batony.
Poza tym byłoby w miarę dobrze, ale podzieliliśmy się na grupy (wszystko było w tej szkole robione z pełnym poszanowaniem praw demokracji) i demokratycznie znaleźliśmy się z Alim w tej samej ekipie. Oprócz nas był Afrykaner, Japonka i Norweżka. Wzięliśmy się za pisanie scenariuszy. Chciałam za wszelką cenę uniknąć dramatu w trzy minuty, więc napisałam taki oto scenariusz o ha! ha! wielokulturowości: Japończyk (miałam nadzieję, że Taeko ma jakichś kolegów) nie znający zbyt dobrze angielskiego (jak to Japończyk) zwiedza Londyn. Wykonuje grzecznie wszystkie polecenia (jak to Japończyk), widząc „turn left” skręca w lewo, „turn right” w prawo, robi pull, push itd. Korzystałam tylko z autentycznych londyńskich znaków drogowych, wykorzystując ich dwuznaczność: „Wait for the green man”, „Change of priorities ahead”, na końcu z przerażeniem bohater uciekał widząc autentyczny napis (mam gdzieś zdjęcie) „London, cemetery, crematorium”. Wielokulturowa demokracja nie przełknęła mojego scenariusza, zwłaszcza poszło o scenę ilustrującą znak „Children dead slow” („dead slow” znaczy, że trzeba wlec się tak wolno jak się tylko da). Na próżno tłumaczyłam, że opisane w scenariuszu martwe dzieci leżące w poprzek drogi, to nie żadne rozjechane zwłoki zbryzgane krwią, a raczej coś w stylu rodziny Adamsów, np. leżą w czarnych koronkowych ubrankach z gromnicami w dłoniach – Norweżka dowodziła, że scena jest strasznie mocna i brutalna i ona za nic nie zgodzi się na takie wypruwanie flaków w naszej etiudzie. Afrykaner chciał robić coś o boksie, a Ali przedstawił totalnie ezoteryczny scenariusz trzyminutowego filmu o dowalaniu mniejszościom religijnym w środowisku irańskim, demokratycznie wybraliśmy więc najmniej kontrowersyjny projekt Taeko, przedstawiający (ponoć typowy dla Japończyków) ból ojca, którego córka ma chłopaka. Następnie demokratycznie wybrano mnie na reżysera, a Alego na operatora. Udało mi się skompletować fantastyczną obsadę składającą się z załatwionego po znajomości (typowo polskie) prawdziwego brytyjskiego aktora Christophera Gooda, który grał m. in. epizod w „Ghandim”, ślicznej malutkiej i młodziutkiej bezrobotnej aktorki tuż po studiach i mojego kolegi Zenona, który pracował na czarno w hotelu, a był rosłym hormonalnym brunetem, w którego łapach nawet niejapoński ojciec nie chciałby pewnie widzieć swojej swojej małej córeczki. Kręciliśmy w i przed domem jakiegoś bardzo nielubianego członka parlamentu, u którego wynajmował pokój kolega z roku – pół Amerykanin, pół Austriak. Co chwila przybiegały do nas więc rozwścieczone emerytki i groziły zniszczeniem pięknego stanowiącego własność szkoły boleksa, jeśli natychmiast nie przestaniemy filmować tego przeklętego debila.
Ponieważ wszystko udało mi się załatwić za darmo (typowo polskie) – 50 funtów, które mieliśmy na produkcję, przeznaczyłam na zakup dużej skrzynki jedzenia i tak racząc się w ciasnej kuchni należącej do nienawistnego MP – rozpoczęliśmy produkcję.
Brytyjska Alicia Silverstone stała pod płotem niewidoczna prawie w uściskach polskiego osiłka Zenona, Christopher Good w dresie biegał po parku w stanie przedzawałowym, emerytki machały torebkami (typowo brytyjskie), a ja sterczałam tam zagryzając wargi, za cholerę nie wiedząc, po co jest robiony ten film, gdzie mam postawić kamerę, aby było to mniej durne i co ja tu właściwie robię. Ali pokornie stał za kamerą nie odzywając się do mnie ani słowem, ostentacyjnie wymachiwał światłomierzem i kręcił zawzięcie.
Kiedy już wywołano nasze dzieło, z pewnym przerażeniem odkryłyśmy wraz z Taeko, że Ali, nadal nieżonaty, a w dodatku upokorzony faktem, że musi słuchać poleceń kobiety, która nim wzgardziła, odstawił regularny sabotaż i celowo prześwietlił jakieś 50 procent materiału. Z tego, co zostało, za nic nie dawało się zmontować nawet najgłupszej opowieści. Demokracja i poprawność polityczna zwyciężyły, a ja najwyraźniej stałam się ich ofiarą.
* * *
Chodzę po mieście, jeżdżę autobusem, podsłuchuję.
„I wiesz miałam taką jazdę – pokrzykuje w autobusie jedna nastolatka na cały głos do drugiej – mówię, myślę w myślach, mówię, myślę w myślach, mówię, myślę w myślach”. „Przestań, cicho bądź” – wstydzi się ta druga.
„I znajecie – duka starszy pan w kawiarni „Między nami” do Rosjanki w średnim wieku – i ani bijali tego malczika, choryje ludzie, przywiazywali go do kriesla i kapali, a mienia zaakannnicaja mowila, gaworila, szto eto bog tak chatial – rozumiejetie?” „Ja panimaju – mówi Rosjanka – wy govarite po polski”.
„Przyjechałaś tu i masz do mnie o wszystko pretensje. Nie możecie zaakceptować mojego stylu życia” – mówi młody gej przy drugim stoliku do zapłakanej matki i milczącego ojca. „A ty nie możesz zaakceptować naszego stylu życia” – odpowiada matka przez łzy.
„Mówię jej, dziewczyno nie idź, kurwa, za mną – opowiada koledze swoją historię młody mężczyzna w ogródku piwnym – chcę być teraz sam, muszę, kurwa, przemyśleć pewne rzeczy. W końcu jej mówię: spierdalaj, a ona: ja nie będę z tobą szła, będę szła metr za tobą. I tak, kurwa, całą noc”.
* * *
Piszę sobie to wszystko pewnego pięknego letniego wieczora, słyszę jak podjeżdżają samochody sąsiadów, poznaję je po dźwięku. Pani Elżbieta, małym zielonym volkswagenem – niegdyś właścicielka mopsów, teraz podróżująca po świecie tropem psich wystaw, pani Magda, specjalistka od urody, zadbana i z klasą – czerwoną skodą, pani Maria, kombatantka i szefowa naszej wspólnoty mieszkaniowej, równie nieprzejednana w walkach z administracją, co podczas Powstania – taksówką, syn Pani Ali (to ta która śmieje się jak stado mew) seicento czy czymś takim... Żyjemy wszyscy na maciupkiej uliczce, kilkadziesiąt osób z zupełnie różnych światów.
Kiedyś poszłam do sąsiedniej klatki prosić, by sąsiad przestawił samochód blokujący przejazd i zadzwoniłam do drzwi – te otwarły się z hukiem i rzuciło się na mnie, ze znanym jedynie z materiałów operacyjnych CBA czy ABW krzykiem, dwóch drabów, wciągnęło do środka i rzuciło na fotel. Obok sąsiad siedział zakuty w kajdany. Broniłam się jak szalona, wybiłam jednemu palec, serce mi waliło, trzęsłam się jak galareta... Okazało się, że wpadłam w kocioł zastawiony na jego syna – dilera. Kazali nic nie mówić, wylegitymowali, puścili do domu. Nic nie mówię, prawda?
Dalej na ulicy sympatyczni i ładni państwo sprzedają klematisy i róże wprost z ogrodu – jak miło.
A znowuż moje najbliższe sąsiedztwo, dwa metry ode mnie, to melina. Na dwudziestu paru metrach pomieszkuje czasem i z siedem osób, wyłączono im już prąd, gaz i wodę, przez drzwi wydobywa się niewyobrażalny smród, mieszanina wódki, papierosów, potu, nigdy nie mytych psów (kundla i mastifa), które dzielą z ludźmi tę klitkę, zatkanego klozetu i wszystkiego, co można sobie najkoszmarniejsze wyobrazić w kwestii zapachowej.
Główny lokator, nigdy nie trzeźwiejący, zwany przez nasz „Nasz sąsiad”, po kilku miesiącach awantur dotarł się doskonale i z nami i z elegancką panią Magdą, i bohaterską panią Marią, i z panem z góry, który ma coś wspólnego z muzyką i udaje że niedowidzi, zresztą może i niedowidzi, bo zawsze prawi komplementy...
Lubimy „Naszego sąsiada”, potrzyma drzwi, zagada, czasem pożyczy od nas 5 złotych, a czasem mojemu dziecku pożyczy 30 groszy. Podobno miał kiedyś firmę, ale firma upadła, żona zmarła, upadł i on. Jego obecna kobieta, zgrabna i paradoksalnie szykowna, zawsze na szpilkach i w ołówkowych spódnicach, chwieje się na nogach od rana.
Kiedy Żuk zamyka drzwi na klatce pomiędzy naszymi mieszkaniami, pyta niezadowolona: „czemu pan zamyka?” „Zapach mi przeszkadza” – odpowiada prostolinijnie Żuk. „Jaki zapach! – oburza się kobieta, która najwyraźniej ma predyspozycje, by być angielską lady – przecież to tylko lawenda!” Odtąd zyskała ksywę Lawenda. Na stałe mieszka jeszcze z nimi tzw. chirurg, spec od mokrej roboty, wyglądający jak Wodecki w wersji hard-core. Tylko on jest w stanie utrzymać mastifa na wodzy. Jest teraz w szpitalu i chyba już nie wyjdzie.
* * *
Kiedy kupiliśmy tu mieszkanie, a zanim nawet przystąpiliśmy do remontu, postanowiłam nakręcić w zapyziałym jeszcze wnętrzu pilotowy odcinek programu poradnikowego. Scena w konwencji slapsticku przedstawiała zmarzniętą parę siedzącą przy zdezelowanym piecyku elektrycznym, który w końcu płonie zasnuwając wszystko czarnym dymem. Sypałam na ten piecyk jakąś saletrę czy coś tam, nie pamiętam, i wreszcie udało mi się tak zakopcić pomieszczenie, że zarówno aktorska para ubrana w czapki i kożuchy, jak i pozostałe sześć osób, które pracowało przy tej wyjątkowej produkcji, wybiegło raźnie na taras. To był maj, pachniała Saska Kępa... Ośmioosobowa grupa, w tym dwie postaci wyraźnie ubrane bez związku z pogodą, stoją na tarasie i w kłębach czarnego gryzącego dymu opowiadają sobie głupkowate historie.
Najpierw pojawiła się pani Ala (tzn. jeszcze nie wiedziałam, że to pani Ala). „Przepraszam” – zaczęła. „No to koniec” – pomyślałam sobie – zaraz wezwie straż miejską”. „Czy pani nie przeszkadza – ciągnęła pani-jeszcze-w-mej-świadomości-nie-Ala, że zasadziłam dzikie wino pod pani tarasem?”.
Po chwili pojawiła się pani-jeszcze-w-mej-świadomości-nie-Elżbieta. „To jakaś komuna?” – spytała. „To już na pewno koniec” – zadrżałam. „No nic, ciągnęła dalej – ja mam trzy psy”.
* * *
Przez okno wychodzące na podwórze słyszę – choć to już wieczór – pokrzykiwania dzieci, które bawią się tu samopas dzień i noc. „Gdzie twój brat?” – spytał ostatnio mój syn małego Bartka. „Seksuje się z dziewczyną” – zaśmiał się Bartek i odjechał na rowerze. Słyszę, jak niewidomy fotograf Tuszko mówi do psa i stuka białą laską podczas wieczornego spaceru. Z otwartego okna na wprost dobiega zapłakany głos: „Nie spałam z nikim przed ślubem, a ty co teraz robisz? I jak my sobie sami poradzimy?!”
Mała wspólnota. Żyjemy tu razem, różni jak płatki śniegu, podobni jak krople wody. Jednym się udało, innym nie, jedni sobie z tym radzą, drudzy wcale. Wszyscy myślimy, że jesteśmy tolerancyjni, ale co zrobić, jeśli ktoś nas wkurzy... Wszyscy mamy jakieś wątpliwości, niespełnione nadzieje, aspiracje.
A „Nasz sąsiad” umarł właśnie. Zabrało go pogotowie, miał chorą wątrobę, nerki i serce, miał rany na całym ciele, był chudy jak szkielet. Administracja eksmitowała Lawendę, w mieszkaniu zrobiono dezynsekcję, zaplombowano.
Zapytana przez dozorczynię, co mu się stało, Lawenda odpowiedziała: „mastif go pociągnął”.