|
|||
|
2b » tytuł roboczy » TR 017/018
TR 017/018Kiedy miałam może osiem, może dziewięć lat – było to gdzieś w połowie lat 70. – moja mama postanowiła przenocować pewną nastolatkę ze wsi. Nastolatka udała się dokądś wczesnym rankiem, a ja zrobiłam rzecz niegodną – zajrzałam do niepozornego zeszytu, który zostawiła koło swojego łóżka. W zeszycie, jak się okazało, były teksty piosenek – duża grupa nieobyczajnych przyśpiewek, które zrobiły na mnie spore wrażenie, ale nad jednym z tych tekstów nie mogę dojść do porządku dziennego jeszcze i dziś. Wyglądał mniej więcej tak: Sato dżabelka de de of ma la ka To było duże lepsze niż żyjący w ciemnych lasach zbóje, którzy mieli bardzo długie... brody. Oczy wypadły mi z orbit, kiedy zobaczyłam podpis (tak się złożyło, ze już w tym wieku władałam nieźle angielszczyzną). To był, zdaniem właścicielki kajetu, tekst piosenki Boney M. pt. „Sun of Jamaica”. Dla tych, co nie znają, przytoczę: Sun of Jamaica, the dreams of Malaika, Może wtedy właśnie nabrałam przekonania, że jeszcze nie raz życie mnie zaskoczy. Właściwie to nie wiem, czemu to sobie przypomniałam, ale mam wrażenie, że ma to głęboki związek z tym, o czym jest niniejszy numer TR. Podobnie jak fakt, że przetarg na remont w pewnej instytucji wygrała firma Komplex-dom. Zmyślony Tadeusz, mieszcząca się przy ulicy Czarne Błoto w miejscowości Zławieś Wielka. Sprawdziłam w internecie, czy to nie żart – nie, figuruje w spisie firm. Trudno, niech mnie pan Zmyślony nawet poda do sądu – musiałam przytoczyć tu jego pełne dane. Niepozbawiony jest też uroku fakt, że w Operze Narodowej Piotr Beczała śpiewa Rigoletto. Może mam prymitywne upodobania, ale naprawdę wierzę, że to są chwile, dla których warto żyć. Jaki to ma związek z TR? Jacek Bąkowski przedstawia tu Księgę, do której trafia to, co znajdzie, a co według dotychczasowego właściciela stało się już nieważne, zbędne albo mu się wymknęło. Mirek Stępniak prezentuje „końcówki” czyli „początkówki”, które są doskonałym ucieleśnieniem wszelkiej przypadkowości. Żuk Piwkowski otwiera także dla innych autorów swoje Photomemory, które jest z jednej strony konsekwentnym zbiorem autoportretów, a z drugiej – kolekcją dosyć przypadkowych migawek z życia. A! Czyli chodzi o przypadek, o to, co nam się poniekąd samo w ręce pcha. No więc napiszę o wystawie, w której biorę udział. Niby się nie powinno, tak samo jak zaczynać zdania od „no więc”, zaglądać do cudzych kajecików i naśmiewać z czyichś nazwisk. „Tak to jest, że my ludzie chomikujemy – napisała Karolina Kozyra, nasza kuratorka – jakoś to „kuratorka” mi tutaj nie pasuje, „inspiratorka” znaczeniowo byłoby lepszym słowem, ale go nie ma. Zatem – kuratorka. – Gromadzimy najróżniejsze przedmioty. Przywiązanie, potrzeba, czy pragnienie posiadania są silniejsze niż zdrowy rozsądek i świadomość, że tak naprawdę nie potrzebujemy ani korka od sylwestrowego szampana sprzed dziesięciu lat, ani dziurawego swetra, ani kapsla zgarniętego z ulicy zeszłego lata czy innego znaleziska, które albo nam się spodobało albo było zaczątkiem jakiejś szczególnej myśli, pomysłu, zaczątkiem twórczego procesu czy nadziei na coś”. Jej tekst, trochę dłuższy niż zacytowałam, puszczony przez tego i owego w sieć, zapalił w naszych głowach jakieś lampki, coś obudził, coś przypomniał. Pewnie każdy, kto cokolwiek tworzy, choćby tylko od święta, ma takie projekty, które nie mogą się wyjajić, przybrać ostatecznej formy, ale wiadomo podskórnie, że jest w nich jakiś sens czy potencjał, albo takie, które – wręcz przeciwnie – powstały z bezsensu, z porażki, z jakiejś niedoskonałości, z zupełnego przypadku, a przepoczwarzyły się w coś, co jest dla nas teraz ważne, a może wręcz reprezentatywne. I pewnie dlatego zrozumieliśmy w lot, o co chodzi Karolinie i dlatego też ta wystawa, chociaż można by rzec na pierwszy rzut oka, że jest na niej szwarc, mydło i powidło – jest niezwykle spójna. Patrycja Dołowy robiła sobie zdjęcia, kiedy czuła się źle, Joanna Korecka zamiast opłakiwać katastrofę, w wyniku której straciła całą rodzinną porcelanę, postanowiła obrócić ją w serię fotografii, Marta Zasępa (tu żałuję, że nie drukujemy w kolorze) fotografuje jakieś wyrwane rzeczywistości „dziury”, obszary absurdu, Kasia Terechowicz upozowuje najbardziej banalne, odrzucone estetycznie przedmioty na bohaterów zdjęć reklamowych, a IzaTT swoje fotografie – na domowe ołtarzyki, Ania Wawrzkowicz wkłada zdjęcia szkolnej traumy do słoiczków niczym przetwory, Daniel Miter oszalał na punkcie żółtych pojazdów, sama Karolina „recykluje” papierowe łódeczki, które robiła w jakimś dawno już nieważnym celu, a ja ścigam białą nitkę sprzed lat. Jednym słowem, jak mówiła moja babcia „każdy ma swojego mola, co go szmola”. Choć ładnie sformułowane, nie jest to może odkrywcze, ale kiedy się patrzy na te wszystkie prace tak w masie – zaczyna coś z tego wynikać. Wystawa odbyła się w Pałacu starej książki przy Działdowskiej, który sam w sobie jest sensem jednej myśli, pełnym potencjalnych odkryć i zadziwień. Prezentujemy po jednym zdjęciu wybranych autorów, chociaż ich prace są typowym przykładem myślenia „projektem”, cyklem. Sądzę jednak, że w taki sposób złożą się w pewien nowy, ponad-autorski cykl. Niby z innej bajki, ale wyjątkowo dobrze leży tu projekt Majki Parczewskiej „Kafle”. Na jej pytanie o to, czym jest sztuka, istnieje nieskończona wielość odpowiedzi. Ale może właśnie wtedy, gdy nie ma jednej definicji, łatwiej jest zrozumieć sens. Sam deja reto wej en zi.
|
||

4graph
strona / 2 