Deprecated: Function split() is deprecated in /www/includes/admin_exe/teksty_exe.php on line 90
2b :: WIDOCZKI znane też jako SEKRETY
alfabetycznie
wg autor
wg daty
wg miejsca
2b » tytuł roboczy » TR 011 » WIDOCZKI znane też j...

WIDOCZKI znane też jako SEKRETY

data publikacji w serwisie: 2006.01/02
autor: Dominika Truszczyńska
 

Wstęp
Sztuka obdarowuje cię – choćby na chwilę – czasem, przestrzenią i spokojem.
Sztuka wycofuje Cię ze świata zarabiania i wydawania pieniędzy.
Sztuka nie obala kapitalizmu, ale daje coś w zamian.
Chroni nasze życie wewnętrzne.
Kiedyś była to rola Kościoła, ale dziś Kościół jest do tego nieprzydatny.
Sztuka pozwala uwierzyć, że w życiu dzieje się coś poza produkcją i konsumpcją.
Jest lekarstwem na materializm.
Jest drogowskazem, pociechą i ostrzeżeniem.
I wierzę, że może zmieniać ludzi. 
Jeanette Winterson
 
Ja również, jak Jeanette Winterson, wierzę, że sztuka ma w sobie siłę powodującą zmiany.
Że można dzięki niej coś zrozumieć, w coś uwierzyć, że może coś zdemaskować,
rozbroić jakiś arcyważny oręż, że może uzdrowić. I nie musi bezpośrednio zabierać głosu w sprawach aktualnych, może przy tym zdawać się całkiem oderwana od życia. Siła sztuki, jej unikalność polega m. in. na tym, że mimo, iż powstała o niej nauka, doktoryzują się z niej jej badacze, wymyka się precyzyjnym klasyfikacjom, a przede wszystkim idealnym interpretacjom. Pozostaje zawsze coś, czego – jako odbiorca – doświadczyliśmy, a opisać się nie udało.
W przypadku moich działań – „Widoczków zwanych też Sekretami” – tajemnica
i niedopowiedzenie tkwią w założeniach przedsięwzięcia. A czy jest to sztuka? No cóż, jeśli nie – to poniżej – opis pewnego dziwactwa.

Geneza
Widoczki vel Sekrety to dziecięca zabawa. Była popularna kiedy byłam mała. Nie wiem jakie są jej losy dziś, ale ponieważ nie widuję już hord dzieciaków biegających po podwórkach czy po parku, w którym się wychowałam i obok którego wciąż mieszkam – przypuszczam, że uległa zapomnieniu. Zabawa ma dwa etapy. Pierwszy polega na wykopaniu dołka i ułożeniu w nim na sreberku po czekoladzie (kiedy byłam dzieckiem był to towar deficytowy, więc sreberka zbierało się z wszelkich opakowań, wygładzało paznokciem i układało starannie w szufladzie) jak najpiękniejszej kompozycji z kwiatów i właściwie wszystkiego, co uważa się za ładne, cenne, ciekawe. Gotowe dzieło przykrywa się szybką i zakopuje w sobie tylko znanym miejscu. To jest przyjemne zajęcie, ale gdyby nie otoczka tajemniczości, jakiej przydaje zabawie etap drugi, zabawa nie miałaby tylu małych zwolenników. Otóż – po zakopaniu i oznaczeniu miejsca, w którym ukryty jest widoczek, np. skrzyżowanymi patykami albo cegłówką, wiedzę o jego miejscu położenia udostępnia się tylko wybranym osobom. Można „mieć” wspólny Sekret z ukochaną przyjaciółką, grupą przyjaciół, lub zdradzić go tym, do których kręgu się aspiruje. Niuansów wzajemnych relacji w związku z Sekretami pojawiało się w moim dzieciństwie wiele; dopuszczenia i wykluczenia, zdrady i nowe związki, hierarchie przyjaciół i tych, którym chce się okazać wyższość lub ich ukarać. Cały szereg dramatów i happy endów z Widoczkami może się łączyć, być nimi zapoczątkowany lub kończyć się wspólnym Sekretem. Ta zabawa to jak widać również trafny opis stosunków mających miejsce w „dorosłym” życiu – mnóstwo emocji i napięć stworzonych wokół czegoś wymyślonego.
Historia moich „dorosłych” widoczków łączy się z zajęciami z Fotografii Kreacyjnej, prowadzonymi przez dr Wojciecha Prażmowskiego na Wydziale Fotografii w PWSFTviT w Łodzi. Jesienią 2002 roku, kiedy byłam na I roku owych studiów, Pan Wojtek Prażmowski zadał nam temat: martwa natura. W związku z tym tematem przypomniała mi się historia dziecięcych Sekretów. W tym jednym działaniu mieści się wszystko, co czuję na temat tego, co martwe, co naturalne i jaką np. rolę w stosunku do tego może pełnić Fotografia.
A teraz pompatycznie, czyli z lekką ironią: w ten też sposób zaczął się proces mojego odnajdywania w życiu. Czyż to nie piękne? Powrót do dzieciństwa, aby znaleźć oparcie w dorosłości. I nareszcie jakiś sens w życiu: plan zawidoczkowania świata. Realizuję go konsekwentnie. Poniżej sprawozdanie. 

Technologia czyli zabawa
Technologia – brzmi dumnie, ale nie ma w procesie powstawania zdjęcia Widoczka nic skomplikowanego. Kupuję materiał światłoczuły, w założeniu negatywowy, małoobrazkowy (moim dotychczasowym towarzyszem podróży jest lustrzanka Nikon F70) Kodak VC 160. Z tym filmem zaczęłam robić widoczki i współdziałamy w miarę konsekwentnie. Jestem usatysfakcjonowana nasyceniem i odwzorowaniem barw, jakością wizerunku. Nie mniej zresztą niż wtedy, kiedy miałam do dyspozycji Fuji NPS 160 czy zwykłą Superię 100. Zdarzyły się też zapisy Sekretów na diapozytywach. Czemu odbiegam od założeń? Kiedy robię widoczki, jestem w większości przypadków w podróży. Zakładam, oczywiście, że widoczki robić będę, i zabieram również materiał Kodaka 160 VC. Ale czasem, pod wpływem różnych okoliczności, zużywam filmy do innych celów i widoczek zostaje utrwalony na czymś, co akurat mam, czy co byłam zmuszona dokupić. Gdy zdjęcie Widoczka powstaje na błonie kupionej na miejscu, dodaje mu to autentyczności, dopełnia idei, że Sekret jest stamtąd, gdzie jest zakopany. Tak jak i ja, na chwilę, mogę poczuć się stamtąd i rozejrzawszy się z innego punktu – więcej zrozumieć. Taki jest cel podróżowania. Tak więc mając pewne założenie co do materiału używanego do Widoczków, nie trzymam się go obsesyjnie. Sekret żyje przecież swoim życiem, może nawet ja go w ziemi nie układam, może ja go odkrywam, odkopuje z przeszłości, może wcale nie jest mój.
Wracając jednak do popularnego podejścia do Sekretów, czyli, że normalnie, rzeczywiście i w rzeczywistości robię je ja: początkowo Widoczki fotografowałam ze statywu. Pamiętam, że jeszcze jesienią 2003 roku miałam statyw, na którym dokładnie zaznaczyłam odległość, z jakiej robiłam i robić miałam Widoczki. Niestety – statyw zaginął. Po prostu go zgubiłam. Smutno wisi na wieszaku pokrowiec po nim, a ja nie ustaliłam nowej, zbliżonej odległości i za każdym razem, kiedy robię kolejny Widoczek, kieruję się marnym, bo omylnym moim „wyczuciem”. Tak więc sekrety z roku 2004-ego i 2005-ego są sfotografowane mniej więcej tylko z tej samej odległości.
Korzystam zawsze ze światła zastanego w danym miejscu i czasie. Jedynie w nocy włączam flesz, ale Widoczków nocnych zrobiłam bardzo niewiele. Czasem przy pomocy jakiejś jasnej powierzchni – kartki, chustki, bluzki – próbuję nieco doświetlić zakamarki Sekretu, ale z uwagi na to, że mam tylko dwie ręce – efekty tych działań są nikłe. Poza tym, z założenia Widoczki mają być odbiciem chwili, oddawać ów moment jak najpełniej i stąd poważniejsza moja interwencja i wszelkie kombinowanie jest niepotrzebne.
Pora też przyznać się do jeszcze jednego nieuzasadnionego elementu rytuału. Nawet jeśli przed chwilą zrobione zdjęcie wydaje mi się idealne i jestem pewna wszystkich jego składników i parametrów – muszę nacisnąć spust migawki raz jeszcze, niejednokrotnie uzyskując dwie identyczne klatki. Gdyby sprawa dotyczyła zdjęć reportażowych, sportowych – robienie pod rząd kilku zdjęć, szybko, jedno po drugim – ma sens. Ale jeśli mam do czynienia z nieruchomym, schowanym, a za chwilę wręcz pochowanym widoczkiem – trudno stwierdzić, po co to robię. Czasem pojawi się chmura, wtedy chodzi o różne oświetlenie obiektu, czasem ja zmienię wartość przesłony czy sposób pomiaru ekspozycji przez wbudowany w aparat światłomierz, czasem po szybce przechodzi właśnie mrówka, więc ujęcie z mrówką jest jak najbardziej usprawiedliwione, ale czasem nie zmienia się nic. Poza czasem. Czas płynie, a ja zachowuje się jakbym chciała mocniej uchwycić tę chwilę, powstrzymać ją, potwierdzić jej zatrzymanie, wygrać z nią. Pstryk, pstryk. I nic. Umknęła. Jak na razie – jestem bez szans.
Czasem bardzo pilnuję strony technicznej zdjęcia Sekretu, precyzyjnie ustawiam wartości poszczególnych parametrów, pół przesłony w prawo, pół w lewo i w punkt. Ale czasem jestem w beztroskim nastroju i daję się mu uwieść, czasem wieje wiatr, czasem się spieszę, a czasem jest potwornie gorąco i chcę już uciec, uciec, uciec z tego słońca. Robię więc zdjęcie „na automacie”, ostrość ustawiona w punkt, a światło w zależności od kontrastu obiektu i ważności poszczególnych elementów. Często i tak ziemia musi zginąć w głębinach czerni, a folia aluminiowa bezlitośnie odbije południowe słońce.
Jednym z rezultatów robienia Widoczków może być znienawidzenie: ziarnek piasku i grudek ziemi, małych i większych robaków, żuków, mrówek, much i innych natrętnych bzykaczy, a w końcu wiatru, a nawet słońca. Wszyscy oni przeszkadzają ile wlezie. Płatki kwiatów, listki, źdźbła trawy też wcale nie są posłuszne. A już czym dziwniejszy przedmiot – bohater sekretu – tym bardziej kapryśny. Nie chce posłusznie leżeć prosto i drapie w szybkę. Aby ułatwić sobie pracę, dorobiłam się podręcznego arsenału rzeczy niezbędnych do zrobienia Widoczka. Wożę więc z sobą łopatkę, małą łyżeczkę, pędzelek, szpilki, chusteczkę, wielozadaniowy scyzoryk i kapelusz. Oczywiście zawsze jakieś sreberko, czyli np. aluminiową folię i szybkę (profesjonalnie przyciętą przez sąsiadkę Kamili, jeszcze raz dziękuję). Jak zwykle – przydałaby się Czapka Niewidka, bo – mimo, że w celu zrobienia Sekretu, zgodnie z założeniem, udaję się w miejsce odosobnione, ukryte – skulona nad dołkiem, wpatrująca się weń w skupieniu z
przygryzionym językiem wzbudzę jednak czyjeś zainteresowanie i przypałęta się widz (i czego to dziecko się gapi? „Mama Cię woła”. „Nie mam mamy”.), ale Czapki N – tak przydatnej również w mnóstwie innych sytuacji, niestety, w arsenale wciąż brak.
Często nie mam przy sobie nic prócz aparatu fotograficznego (bo aparat za to mam przy sobie prawie zawsze). Żadnych narzędzi. Dołek trzeba wydrapać, sreberko jest ze znalezionej paczki po papierosach (na to, że znajdą się jakieś śmieci zawsze można liczyć, ich ilość i jakość jest wprost proporcjonalna do poziomu zamożności mieszkańców okolicy), a szybki nie ma w ogóle. Za to jest potrzeba utrwalenia chwili, zapoznania i pożegnania się z miejscem, ostemplowania rzeczywistości. Wtedy sekret zostaje zrobiony bez pomocy narzędzi i technologii. Ze mnie i światła, można by rzec nieco górnolotnie.
W robieniu Widoczka technika nie jest ważna. Liczą się emocje. Wyrażenie uczuć, nastroju. Szczerze i wprost. To nie jest łatwe. Żeby tak bez zakłóceń udało się uformować mały, w dołku, za szkiełkiem świat. To sztuka. Prawda i cisza są blisko spokrewnione. Szczerość i samotność także. Najważniejszym elementem procesu tworzenia Widoczka jest samotność. Lubię i staram się być sama, kiedy układam sekret. W końcu to sekret. Spokojnie i pomalutku, drobinka po drobince, czas, miejsce i ja poznajemy się i odciskamy na sobie ślad, pozostawiamy w sobie Swoje. I mamy wspólną tajemnicę.

Zabawa czyli prawda
Tajemnica – oto co daje siłę tej zabawie. Ważne jest, żeby Widoczek był jak najładniejszy, ale o wiele ważniejsze jest, aby była jakaś grupa, która nie wie, gdzie on jest. Dopuszczeni do tajemnicy oraz jej niegodni. Podział na lepszych i gorszych, bliskich mi i tych, których nie lubię. Dowartościowanie się poprzez danie sobie możliwości wyznaczania – choćby tylko w tej drobnej kwestii – reguł. Czyli posiadanie władzy. Zabawa we władców, zawiadujących tajemnicą i podwładnych – uległych i miłych w celu tajemnicy posiąścia. Jest też łagodniejsza interpretacja zabawy w Sekrety. Pozytywna w swej wymowie zabawa jest wtedy, kiedy chodzi w niej o wyróżnienie ulubieńców. Jeśli chcemy wyrazić sympatię – dzielimy się tajemnicą. Jeśli chcemy kogoś bardziej ze sobą związać – zdradzamy tajemnicę, nawet jeśli zdradzamy tym samym kogoś – tracąc go z kolei. Czy dzieci tak to rozumieją? Na ogół nieświadomie tworzą grę i biorą w niej udział. Nieświadomie, ale z wielkim zaangażowaniem. Dzieci silnie odczuwają emocje, często sobie z nimi nie radząc. Zabawa daje im możliwość ich wyrażenia, okiełznania, dania sobie rady z własnymi zadziwiającymi uczuciami. Nie od razu przychodzi zrozumienie – w miarę jak przychodzi – odchodzi niewinność. Dorośli – już nie niewinni, bo doświadczeni i ponoć w związku z tym mądrzejsi – przeważnie starają się ukrywać swoje emocje. Dusząc je w sobie nie mogą się bawić i stąd trudno o oczyszczający efekt zabawy. Grając – grają dystans i oszukują, kiedy mają przyznać się do intencji. Czasem oszukują także siebie samych. Skutecznie czasem na tyle, że gubią się i to zagubienie jest o wiele bardziej niebezpieczne niż nieświadomość u dzieci. Bo dorośli się do swego zagubienia trudno przyznają. Dorosłe życie w zakłamaniu i nieświadomości nie jest wartościowe i do niczego dobrego nie prowadzi. Zabawa może być wyzwalająca.
Dlatego artyści – odważni lekarze duszy świata, Don Kichoci świadomości, śmieszni i naiwni zapaleńcy – odwołują się do zabawy w swoich dziełach, używają jej zasad jako formy, jako sposobu komunikacji, lub też zabawa ma być treścią sztuki – w mniej lub bardziej oczywisty sposób podaną. Groteskowo, ironicznie, z przekąsem czy cynicznie albo wprost – zabawa opisuje świat.
We współczesnej sztuce polskiej najznamienitszym przykładem wykorzystania zabawki w sztuce jest praca Zbigniewa Libery „Lego. Obóz koncentracyjny” (1996). Już sam sposób, w jaki dzieło zostało w Polsce przyjęte – otoczone atmosferą skandalu, skrytykowane i odrzucone (artysta został zmuszony do wycofania się z udziału w wystawie w pawilonie Polskim na Biennale Weneckim w roku 1997) obnaża zakłamanie i pruderię społeczeństwa. Społeczeństwa, które z jednej strony buduje kulturę przemocy poprzez edukację czy środki masowego przekazu, a z drugiej przemoc piętnuje i żyjąc w tej sprzeczności – nie dostrzega jej. Libera demaskuje poziom zbiorowej świadomości tworząc zgodną z ówczesna modą (w latach 90. rzeczy, które dotąd były przedmiotem pożądania jako niedostępne: zachodnie buty, dżinsy czy zabawki, zaczynają wchodzić na nasz rynek i stają się bardzo popularne) zabawkę – klocki Lego, z których można zbudować małe obozy koncentracyjne. I w tym momencie polska matka, która bez oporu funduje dziecku czołg i pistolet – oburza się. Oburza się polskie społeczeństwo, bo przecież jak można w ten sposób traktować temat Holocaustu – nota bene omijany wcześniej w polskiej sztuce. Dziś, w rzeczywistości „po Jedwabnym”, kiedy rosną w siłę ruchy w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej sztuka Libery (podobnymi środkami posługuje się on i podobny przekaz zawiera również w „Urządzeniach korekcyjnych”) jest tym aktualniejsza. Czyżbyśmy naprawdę wierzyli, że zło rodzi się w ludziach bez żadnego wpływu otoczenia? Kodujemy młodym ludziom, że w świecie okrucieństwo jest normą, kultywujemy mit wojny, zgadzając się na usprawiedliwianie masowych mordów obroną sprawiedliwości czy wolności, nie tylko – przechodzimy do porządku dziennego nad medialną interpretacją, ale również – uczymy konformizmu i przyjęcia tych założeń do codziennego życia. Bezwolność i otępienie społeczeństwa wykorzystuje polityka. A kiedy krytyka artysty ujmuje tę rzeczywistość w trafne dzieło, nie tylko, że brak chęci podjęcia wysiłku dialogu czy refleksji, ale następuje zbiorowe samooszustwo. A w zakłamaniu ciężko żyć, więc w ramach zabawy społeczeństwo wybiera upijanie się. A gdy umysł zmącony – klocki nie pasują.
Widoczki nie aspirują otwarcie do zabierania głosu w sprawach globalnych. Są komentarzem w mikroskali indywidualnego życia, chwilowego doświadczenia, które jednak na to makroistnienie się składa. Moje Sekrety jako całość, jako proces są reakcją na rzeczywistość. Są odwróceniem się od niej. Zagłębieniem się w świat własnej „przyziemnej” misji. Widoczki z reguły są pogodne, częściowo z uwagi na swój rodowód, częściowo dlatego, że robione są w większości w miłych chwilach. Na ogól w moim życiu podróż to bardzo przyjemne doświadczenie. 

Podróż czyli dziennik
Nie jest to ani opowieść o odważnych czynach,
ani też relacja cynika – przynajmniej nie taki był zamiar.
Oto wycinek losów...
Pozostawiam was teraz sam na sam ze mną,
takim, jakim byłem kiedyś...”
Ernesto Che Guevara
 
Kiedy podróżuję, podstawową zasadą jest: nie mieć planu. Mam mapę i przewodnik, ale przede wszystkim towarzyszy mi otwartość. Uciekam od zatłoczonych plaż i wziętych kurortów w poszukiwaniu miejsca idealnego, któremu można się oddać. W nieznanym miejscu ważne jest doświadczenie przy rozszyfrowywaniu przewodnika, ale w decydującym momencie wyboru: wschód czy zachód – kieruje się intuicją i znakami na niebie i ziemi. Nic nie realizuję, nie zakładam, że właśnie ta podróż zrewolucjonizuje moje życie, uwolniony umysł swobodnie dryfuje, więcej widzę i czuję, zmiana spontanicznie przychodzi. Spontaniczność odkrywam na nowo, zdziwiona jak mogłyśmy tak się od siebie oddalić w codzienności. W podróży – tak nastawiona – mam, paradoksalnie, nad codziennością o wiele lepszą władzę niż podejmując próby zapanowania nad rzeczywistością w tzw. „normalnym” moim życiu. W podróży pełniej, bardziej świadomie przeżywam chwilę, chwytam ją, a ona nie przepływa przez palce.
Sekret jest namacalnym dowodem dobrze przeżytej chwili. Jest pamiątką po niej i dokumentem, że była. Jest rytuałem, który ma ten stan rzeczy zatrzymać. Zbieram realne przedmioty – przedstawicieli otoczenia. Z szacunkiem nadaję im jak najbardziej przystającą do warunków formę. Zaklinam tę chwilę. Niech zostanie. Niech tak świadomy stosunek pomiędzy mną i życiem pozostanie. Zakopuję Widoczek, a z nim to życzenie. Stawiam na tym pieczęć krzyżyka z patyków. Udało się?
Motyw podróży w sztuce pojawia się często. Podróż jest przecież metaforą życia. Tak banalną w istocie, że tylko w amerykańskim kinie mógł powstać gatunek bezpośrednio się do tej metafory odwołujący. Są reżyserzy, którzy się wyłamują i motyw podróży traktują z większą subtelnością. Moim faworytem jest film pt.: „Stranger than paradise” Jima Jarmusha, w którym nieco bezładnie, jak w życiu zagubionych ludzi, toczy się akcja. Bohaterowie – emigranci z Węgier, nie robią nic „filmowego”. Trochę palenia papierosów, odkurzania przy dźwiękach ulubionej piosenki, drobna kradzież w sklepie, zdawkowe rozmowy, a wszystko pokazane długimi ujęciami kamery, która zdaje się podglądać „zwyczajne życie”. Widz czeka, że coś się za tym kryje, ale, jak w życiu, nie kryje się nic. Nie będzie namiętnego romansu (choć coś jednak gna Williego na drugi koniec zaśnieżonej Ameryki), a wielka forsa pojawi się w surrealistycznej, zupełnie przypadkowej sytuacji. Jarmush traktuje swoich bohaterów z ironią, ale i z sympatią, i daje nam przepis na życie ze zmniejszonym prawdopodobieństwem raka: trochę działania i trochę „odpuszczenia”, trochę realizacji planów, ale z pewna dozą elastyczności. To jest też mój sposób na zarządzanie egzystencją, moją podróżą („podróżą”). 

Dziennik czyli czas
Zarządzanie życiem to w praktyce zarządzanie czasem. Zadanie niełatwe bo i materia niepokorna. Pisanie dziennika w podróży to oswajanie, poskramianie czasu. Zostawianie po sobie śladów w życiu („syn, drzewo, dom”) to złudzenie zapanowania nad przemijaniem. Widoczki również są formą tego typu działania. W fotografii czas czasem staje po naszej stronie, czasem jest przeciwnikiem, ale ze starcia Fotografia wychodzi zwycięsko, przynajmniej pozornie – bo to ona ujarzmia czas, zamyka go w klatce.
Popularna percepcja czasu prowadzi do nazywania go nieubłaganym, bezlitosnym, bezwzględnym. Czujemy się wobec niego bezradni, czasem napawa nas strachem. A czego się boimy – chcemy zniszczyć. Sposobów na zabicie czasu jest równie wiele co na zabicie strachu przed tym, że tenże czas umyka. Zabijamy czas w towarzystwie telewizora czy przy pomocy alkoholu, zatrzymać go próbujemy czasem w ten sam sposób, ale bywają też zdrowsze czy bardziej skuteczne sposoby. Wydaje się, że twórczość, odczuwana satysfakcja czy szczęście, jedna przez nadanie chwili wartości, a druga przez wartościowe jej przedłużenie – w pewnym stopniu czas są w stanie okiełznać. To złudzenie, ale cenne i pomocne, szczególnie, jeśli się nie ma nic lepszego.
Istnieją ludzie, którym obracanie czasu w wartość udaje się. Mamy, kiedy czytają dzieciom przed snem, politycy, kiedy zapominają o sobie, artyści, kiedy nas poruszają. Mariusz Hermanowicz w swoich fotografiach skutecznie czas przekuwa. Jego pierwsza seria zdjęć „Widok z mojego okna. Kronika lat 1968-1979” to zapis wydarzeń, jakie rozgrywały się pod oknem rodzinnego mieszkania artysty przez trzynaście lat. Oglądamy wydarzenia drobne, tj. mozolne układanie bruku czy dostawę pączków do restauracji, ale też wydarzenia historyczne. Te czterdzieści zdjęć to zapis minionego czasu w czystej formie, a okno, przez które je zrobiono, podkreśla dystans wobec płynącego życia. W pracach Mariusza Hermanowicza jest jednocześnie intymny subiektywizm i pozbawiona emocji obserwacja, jest pytanie: czy warto się angażować w to, co i tak jest przemijające? Fotografia to też forma włączania się, przyjmowania pozycji, znajdowania sobie miejsca w życiu.
Ja układam i rejestruję Widoczki, a Widoczki umiejscawiają mnie. Robiąc je zatrzymuję się na chwilę w podróży, chwilę Widoczkiem dokumentuję, stawiam na niej stempel Sekretu i bogatsza o to, co dostrzegłam z dystansu momentu ciszy – ruszam dalej. Pochylenie się, skupienie nad Sekretem to moja intymna bliskość z życiem, sfotografowanie go – przez szybkę jak przez okno – to forma transcendowania własnej egzystencji i niezbędne do dalszego nią kierowania – spojrzenie z zewnątrz. Widoczki zakorzeniają mnie w rzeczywistości i uczą ją obserwować z oddalenia – pomagają mi się odnaleźć. Sekrety – moja tajna broń na życie. Fotografia jest ważnym życiowym partnerem. Umożliwia chowanie się za aparatem, ale też uczy jak się nie chować. Przywraca wiarę w sens i możliwość spełnienia. Przed pochowaniem.

Czas, czyli śmierć 
Mówiąc o przemijaniu czasu i sensie życia nie sposób uniknąć tematu śmierci. Śmierć – nieodłączna od życia, naturalna, gwarantująca rozwój jest w naszej kulturze tematem tabu. Bezradni wobec śmierci zdecydowaliśmy się udawać, że je nie ma. Wyrzucona z mediów, publicznej egzystencji, śmierć znajduje schronienie w sztuce. Artyści – zaklinacze czasu – nie boją się mówić o śmierci.
W dziełach Katarzyny Kozyry śmierć nie jest poszukiwana czy upragniona, śmierć jest naturalnie obecna, demaskowana przez artystkę. Kozyra sama była śmiertelnie chora. Kiedy robi sobie zdjęcia do „Olimpii” (1996) jest po chemioterapii. Na zdjęciu artystka podłączona do kroplówki leży w pozie Olimpii z obrazu Maneta na szpitalnym łóżku pod dziwnym, nieżyczliwym spojrzeniem pielęgniarki. Jak najbardziej realistyczne zdjęcie tchnie metafizyczną atmosferą. Kozyra pyta, kim jesteśmy, na ile chorym ciałem, na ile pragnieniem życia, na ile obserwatorem, a na ile twórcą? O jedności twórcy, procesu tworzenia i stworzonego przedmiotu w człowieku mówi „Olimpia” Kozyry. Jedność poznającego procesu i przedmiotu poznania w filozofii wedyjskiej nazywa się Samhita. Człowiek jest Samhitą – równocześnie umiera i tworzy – doświadcza i przekazuje nam artystka. Granica życia i śmierci w człowieku jest rozmyta. Również w zdjęciu granica między sztuką, rzeczywistością, życiem i śmiercią – zatarła się. „Obszar, w którym zatraca się linia dzieląca obraz (estetyczny) od rzeczywistości (śmiertelnie poważnej), to właśnie sfera działania Katarzyny Kozyry.” Kolejna fotograficzna praca Kozyry – bajkowa w estetyce, a mówiąca o śmierci i wojnie – to „Więzy krwi”. Na czterech kwadratowych zdjęciach (w końcowej formie o wymiarach 200 x 200 cm) leżą nagie modelki – Kasia i jej siostra. Leżą na tle czerwonego krzyża lub półksiężyca – symboli religijnych, otoczonych zieloną kapustą lub białymi kalafiorami. Spokojnie odpoczywające, rozluźnione ciała wśród żywej czerwieni i warzyw – piękno i niewinność. A jednak zestawienie krzyża i półksiężyca – wywołujące skojarzenie konfliktu, użycie czerwonego krzyża, który jest równocześnie symbolem niesienia pomocy i symbolem religii, która była i jest przyczyną cierpienia, wojen i morderstw złożone z bezbronnością ciał, z których jedno nie ma nogi – przypomina o nieuchronności zniszczenia, jakie czynią ludzie pod różnymi transparentami, w imię nienawiści, ale też w imię miłości, w imię pieniędzy, religii, w imię rodziny. Wrażenie niepokoju, uczucie sprzeciwu potęguje piękno prac Kozyry. To samo piękno wzmacnia odbiór, ale też pozwala się do bezwzględności przekazu zdystansować. Na tym polega doskonałość tej formy – równoczesne przeciwstawne działanie – wiosenna zieleń kapusty jest radosna i pełna życia, żywa czerwień krzyża jest jak czerwień krwi, w której zdaje się leżeć niewinnie białe, ale skalane, bo okaleczone ciało młodej kobiety. Artystka bawi się elementami, które składają się na jej fotografie – w tym samym stopniu warzywami, kolorami czy ludzkimi ciałami. Tworzy na pierwszy rzut oka – radośnie piękną, a po uważniejszym spojrzeniu – straszną w wymowie układankę. Z jednej strony kalafior jest warzywem, które ma w sobie coś zabawnego, z kapusty się żartuje, albo odczytuje się ją jako źródło nowego życia, (bo przecież w kapuście znajduje się dzieci), z drugiej strony ułożone w półksiężyc kalafiory wyglądają jak kolekcja czaszek (obóz koncentracyjny?). Fotografie ironizują i kpią, a jednocześnie – przerażają ciężarem powagi. Sztuka Katarzyny Kozyry jednoznacznie i bezwzględnie styka skrajności. „Olimpia” czy „Więzy krwi” odzwierciedlają rzeczywistość: piękno i potworność, życie i śmierć współistnieją. Klasyczne zestawienie w sztuce: wysoki poziom estetyczny i ogromna powaga znaczenia, piękno formy i ciężar treści – na tym Kozyra opiera swoje dzieła. „Ambiwalencja subtelnego języka form i barw oraz krwawych, poważnych znaczeń” cechuje wszystkie prace Katarzyny Kozyry, w ramach których i widz i artysta odnajdują siebie nawzajem i siebie samych w procesie, w którym „to, co okrutne i poważne, staje się spokojne i piękne, a to, co spokojne i piękne, staje się okrutne i poważne”. Staje się, nie – graniczy.
Sekrety nie są tak złożoną forma wyrażenia. Są lekkimi, zabawnymi w formie kompozycjami z przedmiotów, które mnie rozbawiły lub stały się mi bliskie, z cudnych rzeczy, ślicznych kwiatków, kolorowych owoców i warzyw. Są umieszczone w dołku i uwięzione za szybką. Sekrety to groby przeżytych chwil. Zdjęcia widoczków to ich ostatnie wizerunki w pełnej krasie przed zakopaniem. Schowany Sekret zostaje następnie pochowany. Ale umożliwia mu się zmartwychwstania. Można go odkopywać i oglądać przez szybkę. I tu ma miejsce okrutny aspekt zabawy – bezwzględny podział na lepszych i gorszych, wykluczenie nielubianych, ich towarzyska śmierć.
 
Koniec czyli sens
Wracając do Pani Winterson, sztuka jest odtrutką, wyjaśnieniem, wsparciem, sensem. Odnalezieniem i zapomnieniem.
Jeśli nie jest jednoznacznie tak odbierana – zarówno dla twórcy i odbiorcy, to odnalezienie wartości choćby po jednej stronie nadaje jej znaczenie. Innymi słowy, chcę powiedzieć, że jeśli „Sekrety...” nie wydają Wam się w ogóle wartościowe, to przydając sensu mojemu życiu odgrywają w historii wszechświata jakże pozytywną rolę.
Niezobowiązujące i sporadycznie zaangażowane, z pretensją do precyzji, ale dalekie od perfekcji, zupełnie bezsensowne i całkiem ładne, niepotrzebne, a wręcz niejednokrotnie niezrozumiałe jak życie... Nie aspirują do miana..., ale ich tworzenie, moim zdaniem, jest o wiele bardziej sensowne niż większość, przeważająca większość wykonywanych przez ludzi czynności. Zawidoczkowanie świata – to dopiero ma sens.
Patrząc z innego punktu widzenia sztuka to wielka zabawa. No bo czy to poważne gadać coś, co nic z tobą nie ma wspólnego, czy to na scenie czy przed kamerą? Czy to poważne tak babrać się w farbach, albo ganiać po polu w poszukiwaniu załamania światła? Czy to poważne – się tym następnie zachwycać? Zamiast stanem konta w banku (O! Popatrz, jakie te wszystkie zera mają ślicznie zaokrąglone brzuszki...). Całkiem niepoważnie i w imię czego? Żeby inni zrozumieli więcej? Albo żeby się po prostu uśmiechnęli? A gdzie tu zyski?
Bogatsza jestem, kiedy to, co zrobię, podoba mi się. Gdy coś, co ze mnie pochodzi, osiągnęło samodzielny, satysfakcjonujący byt i wraca do mnie ciesząc i oddając mi
z powrotem więcej niż włożyłam. Bogatszy jest świat, jeśli i inny człowiek przeżył w związku z moją pracą coś wartościowego. A jeśli bogatszy jest świat, to i ja zyskuję. A ponieważ cały ten przepływ wartości odbywa się całkiem bezgotówkowo, to „to” musi zabawa przecież być, poważne to „to” nie jest.

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi
 
Wydział Operatorski i Realizacji Telewizyjnej
 
Wyższe Studium Fotografii
2002-2005
Promotor: dr Wojciech Prażmowski


Bibliografia:
Wywiad z Jeanette Winterson, „Wysokie Obcasy”, nr 10, marzec 2005
Ernesto Che Guevara, Dzienniki Motocyklowe, „Świat Literacki”, Wydanie II, 2005
Lech Lechowicz „Fotografia jako spojrzenie z okna” 
Katalog do wystawy Mariusza Hermanowicza Fotografie 1968 – 2002, Muzeum Częstochowskie, 2003
Hanna Wróblewska, wstęp do katalogu z wystawy „Święto wiosny” Katarzyny Kozyry, Zachęta PGS, Warszawa 2002