wystawa powstaje w ramach otwartych spotkań ze sztuką wARTo
Stocznia, Tłocznia, Elektrownia... Los przemysłowych obiektów ma wiele wspólnego z wystawą „Ikony zwycięstwa”. Te miejsca pracy, ale także często miejsca historycznych wydarzeń z lat 80. stają się dziś – pozbawione pierwotnej funkcji – przestrzeniami dla sztuki. I taka jest też ta wystawa – historia, dokument są punktem wyjścia dla refleksji artystycznej, całkiem współczesnej, która jednak nie byłaby możliwa, gdyby nie tamte, odległe już, wydarzenia. Refleksja ta, czasem wzruszająca, czasem ironiczna, niekiedy gorzka, dotyczy bardzo różnych zagadnień: wolności i niewoli, pamięci i zapominania, manipulacji i odwagi głoszenia swojej prawdy.
Symboli walki, zniewolenia, protestu mieliśmy wiele i to bardzo charakterystycznych.
Podczas zorganizowanego w Warszawie spotkania pod hasłem „sztuka jest najważniejsza” artyści i krytycy zastanawiali się, co właściwie jest ikoną zwycięstwa. No i okazało się, że nie wiadomo, że jeszcze (?) takiej ikony nie mamy, że cały czas poszukujemy i próbujemy ją „schwytać”. I tak pewnie zostanie, bo zawsze zwycięstwo czegoś jest porażką czegoś innego, bo po przypływie następuje odpływ, a po burzy cisza. Być może prawdziwym zwycięstwem jest – jak zwykle – zdanie sobie z tego sprawy.
Odsłona „Ikon zwycięstwa” prezentowana w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” towarzyszy ważnej rocznicy – Radomskiego Czerwca 1976. Jest ostatnią wystawą, która odbywa się w tych poprzemysłowych murach przed przebudową – będzie to wkrótce nowoczesny obiekt wystawienniczy.
Od czasu wystawy warszawskiej „Ikony” wzbogaciły się o nowe prace, między innymi o dramatyczne zdjęcia z okresu stanu wojennego, które prezentowane były od 13 grudnia 2006 w Sejmie. Bardzo dalekie od jakichkolwiek konotacji ze zwycięstwem czy wolnością. Pojawiły się nowe obrazy Ryszarda Waśki, prowadzące grę z pojęciem cenzury, performance – Ryszarda Ługowskiego i Edwarda Łazikowskiego – obydwa swoiście interpretujące budzące drwiący uśmiech pojęcie „walki o pokój”. Wreszcie, „Końcówki” Mirka Stępniaka mówiące nam wiele o przypadku i – jakby mimochodem – o ulotności naszej pamięci.
Planujemy już kolejne edycje i, co tu kryć, cieszymy się, że ikony zwycięstwa żyją własnym życiem, rozwijają się, są komuś potrzebne. Nawet jeśli jeszcze nie wiemy, czym są. Nawet jeśli ich nie ma i nigdy nie będzie.
Klara Kopcińska