Deprecated: Function ereg_replace() is deprecated in /www/admin/teksty/teksty_func.php on line 604
2b :: Teksty/ Texts
wg miejsca

Teksty/ Texts

Kazimierz Piotrowski


SIEGesIKONen / Ikony Zwycięstwa – transFORM
100+ artystów – 1980, 1989, 2009
w Berlinie


Sztuka jest najważniejsza!

Józef Żuk Piwkowski


Dawno nie widziałem równie wielkiego, imponującego przedsięwzięcia, jakim była wystawa SIEGesIKONen – transFORM. Była ona prezentowana w wynajętej, nieczynnej już, wykupionej przez pewnego światowego bogacza, stacji transformatorowej (01) Humboldt (Umspannwerk) w dzielnicy Prenzlauer Berg, położonej w północnym Berlinie (od 30 VIII do 3 IX). Miejsce to, gdzie prezentuje się od kilku lat okazjonalnie sztukę, wynalazł dwa lata temu Józef Żuk Piwkowski – główny mózg całego przedsięwzięcia, oglądając jakiś katalog. Prowadził on wtedy rozmowy w sprawie ewentualnej współpracy z Künstlerhaus Bethanien, Instytutem Polskim, galerią Ruiny Sztuki Wolfa Kahlena, Galerią Der Ort i Ambasadą RP. Tylko drobna część z tych rozmów przyniosła owoce, bo cały organizacyjny wysiłek wzięła ostatecznie na siebie strona polska. Sprawa była stosunkowo prosta: telefon, pertraktacje co do ceny, umowa z miliarderem i wystawa jedzie do Berlina. Na ponad 5 tysiącach metrów kwadratowych budynku o ascetycznej fasadzie, wzniesionego z cegły i wzmocnionego konstrukcją żelbetową, w przestrzeni z zachowanymi elementami elektrycznej infrastruktury, na kilku poziomach, od piwnic po strych, zgrupowano dzieła ponad 100 artystów. w przeważającej liczbie Polacy lub z Polską towarzysko związani, w tym obcokrajowcy z krajów europejskich i z Ameryki, skupili się mniej lub bardziej na polityczno-kulturowych przełomach ostatnich trzech dekad. Chodzi oczywiście o jakże bliskie Żukowi Piwkowskiemu przełomowe lata 1980 i 1989, a przywołane w tej historycznej chwili, gdy obchodzimy jubileusze 70-lecia wybuchu II wojny światowej i 20-lecia upadku komunizmu w Polsce. Dumnie wypinamy pierś, bo u nas wszystko – co złe i dobre – zaczęło się. Czas więc na fetowanie zwycięstwa i dywidendę od Europy i świata z tego duchowego kapitału, bo dokonaliśmy prawie już przezwyciężenia skutków tej XX-wiecznej, mrocznej, zbrodniczej tradycji. Pierwsi walczyliśmy z Hitlerem i pierwsi obaliliśmy komunizm. Wymieńmy przeto tu wszystkich artystów odwołujących się bezpośrednio lub tylko na marginesie czy okazjonalnie do tego toposu, by nikogo nie pominąć. Bo dalej zostaną przedstawione tylko wybrane wątki tej ogromnej wystawy. Byli to zatem: Michael Agacki, Guy Avital, Dobrochna Badora, Krzysztof Baran, Grażyna Bartnik, Jacek Bąkowski, Janusz Bąkowski, John von Bergen, Czesław Bielecki, Bożenna Biskupska, Jan Bokiewicz, Wojciech Bruszewski, Sandra Bromley & Wallis Kendal, Michał Brzeziński, Maciej Buszewicz, Piotr Bylina, Janusz Byszewski, Rafał Chmielewski, Krzysztof Cichosz, Erazm Ciołek, Bettina Cohnen, Witosław Czerwonka, Andrzej Dłużniewski, Kurt Fleckenstein, Borena Frasheri, Mirosław Dembiński & Waldemar Major Frydrych, Henryk Gajewski, Varda Getzow, Stefan Gierowski, Teresa Gierzyńska, Marek Glinkowski, Mike Golembewski & Jan Kubasiewicz & Colin Owens (Dynamic Media Institute, Boston), Sylwia Górak, Jan Gryka, Paweł Grześ, Ryszard Grzyb, Alexander Honory, Andrzej Janaszewski, Jerzy Janiszewski, Edyta Jaworska Kowalska, Renata Jaworska, Beatrice Jugert, Wolf Kahlen, Andrzej Kalina, Jerzy Kalina, Inka Kardys, Adam Klimczak, Klara Kopcińska, Jerzy Kośnik, Joanna Krzysztoń, Jan Kubasiewicz, Ewa Kulasek, Jerzy Kutkowski, Roman Lipski, Łódź Kaliska (Marek Janiak, Andrzej Kwietniewski, Makary Andrzej Wielogórski, Adam Rzepecki, Andrzej Świetlik), Andrzej Maciej Łubowski, Paweł Łubowski, Ryszard Ługowski, Tomasz Matuszak, Andrzej Mitan & Tadeusz Sudnik, Piotr Młodożeniec, Gabriela Morawetz, Chris Niedenthal, Marek Niemirski, Ivo Nikić, Radsosław Nowakowski, Marielle Nitosławska & Janusz Połom, Zdzisław Pacholski, Veronika Peddinghaus, Jarosław Perszko, Jan Pieniążek, Józef Żuk Piwkowski, Wiktor Polak, Julian Henryk Raczko, Grzegorz Rogala, Tadeusz Rolke, Zygmunt Rytka, Oskar de Sage, Wojtek Sawa, Thyra Schmidt, Tomasz Sikorski, Mariusz Sołtysik, Susanne Starke, Mirosław Stępniak, Paweł Susid, Anna Szprynger, Dominika Truszczyńska, Dagmar Uhde, Michał Wasążnik, Maria Wasilewska, Andrzej Wasilewski, Maria Waśko, Ryszard Waśko, Ricardo Perero Wende, Krzysztof Wojciechowski, Jaśmina Wójcik, Tomasz Zawadzki, Kacper Ziółkowski i Izabela Żółcińska. Generalnymi kuratorami, rozwijającymi swój wieloletni program cyklu ekspozycji zatytułowanych Ikony Zwycięstwa (od pierwszej edycji w 2006 roku w warszawskiej Fabryce Norblina, a potem w skromniejszej wersji w Łódź Art Center w Łodzi, w 2007 roku w MCSW „Elektrownia” w Radomiu, i w tym roku w Sofii z okazji 20-lecia polskich wyborów czerwcowych), byli wymienieni już Józef Żuk Piwkowski i Klara Kopcińska, współpracujący w ramach Galerii 2b oraz Stowarzyszenia Edukacji i Postępu STEP. Przy berlińskiej odsłonie do kuratorów dołączyli Jerzy Brukwicki, Marek Grygiel, Adam Klimczak, Jerzy Kalina, Magda Potorska, Renata Jaworska i Jan Gryka. Do ich strategicznego zaplecza instytucjonalnego (i finansowego) należały dwie mazowieckie instytucje, kontynuujące z powodzeniem i coraz większym rozmachem swą kulturalną ofensywę: głównym partnerem finansowym i organizacyjnym było Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki w Warszawie, ze wsparciem Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu. Pomocy finansowej udzieliła również Fundacja Współpracy Polsko Niemieckiej (budżet wystawy przekroczył 300 000 zł; ambasada RP wspomogła organizację (02) wernisażu; wymienia się też inne instytucje służące skromniejszą pomocą: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, łódzką Galerię Wschodnią, Galerię Patio i inne). Pierwotny partner, czyli Christoph Tannert – dyrektor z Künstlerhaus Bethanien, wystąpił o dotację na organizację tej międzynarodowej wystawy artystów z Polski, Niemiec, Holandii, Norwegii i innych krajów europejskich, a także z Ameryki czy Izraela. Niestety, władze miasta Berlina nie znalazły środków, by wesprzeć tę ważną inicjatywę, a przecież aktywizowała ona też grupę niemieckich artystów o korzeniach polskich oraz samych rdzennych Niemców (ponad 15%), jak współpracujący od wielu dekad z Bruszewskim (krzyczącym na wystawie w swym głośnym filmie (03) dobrze znany w Polsce Wolf Kahlen (prezentujący na wystawie film z wiwisekcji starych Dłoni Ojca). Dziwny to doprawdy niedowład ojców miasta, bo przecież wydarzenie doskonale wpisywało się w obchody wspomnianych jubileuszy. Stosowną propagandę można było widzieć już na Hauptbahnhof, zanim jeszcze turysta pojawił się na reprezentacyjnej Unter der Linden (na fasadzie budynku dawnej polskiej ambasady). Wywieszono tam ogromne bilbordy, wykorzystujące słynny plakat agitujący za głosowaniem na Solidarność z czerwcowych wyborów 1989 roku – wiekopomny kowboj z napisem w samo południe. Bo w Polsce wszystko się zaczęło.

Oficjalność tych jubileuszy nie jest chyba jednak tak fasadowa, jak małostkowość berlińskich polityków – w tym wypadku skąpych, za to łożących znaczne sumy na renowację solidnych kamiennych fasad pomników pruskiej potęgi (Kahlen poucza, że prawdziwe zwycięstwo pojawia się w chwili śmierci, gdy podejmujemy decyzję, czy uznajemy nasze życie za sukces czy porażkę). Inny bowiem ton mogliśmy wyczuć w przemówieniu kanclerz Angeli Merkel na Westerplatte – mniej urzędniczy, a bardziej ludzki. Wszyscy – Polacy, Niemcy, a nawet Rosjanie, jak łudzi nas Putin, pragniemy partnerstwa i normalności. Tę można dostrzec w takim oto obrazku, który już na wstępie dorzucam gratis Żukowi Piwkowskiemu i organizatorom. Otóż jako bystry obserwator, (04) czekając na Friedrichstrasse na S czy U-Bahn, zauważyłem pewną ikonkę zwycięstwa, dającą się zinterpretować jako zwycięstwo normalności. Wiszą tam fotosy z życia miasta, między innymi sielankowy obrazek z czasów II wojny światowej, przedstawiający okolicę tej ulicy w 1942 roku. Przeszłość i teraźniejszość splatać się więc powinna w innym już nastroju – deklarują optymiści czy odpowiedzialni pragmatyści. a może trzeba jednak profilaktycznie powiesić w to miejsce na Friedrichstrasse niemieckojęzyczną wersję obrazu (05) Ryszarda Waśki z napisem: Ten obraz został usunięty z powodu zagrożenia bezpieczeństwa? Żydzi i Polacy, żyjący czy studiujący w Niemczech, jakoś chyba szczególnie są uwrażliwieni na wszelkie klimaty w stylu Café Deutschland, na nastroje owych bawarskich piwiarni, gdzie wszystko się zaczęło – w tych laboratoriach psychomanipulacji. (06) Zahipnotyzowane tłumy maluje jeszcze w XXI wieku Renata Jaworska – uczennica Immendorffa. Jednak dziś nie trzeba może już grzeszyć niekonstruktywną ciekawością i dociekać, co też ten wojak Wehrmachtu wiezie w plecaku i co ukrywa w teczce? Może łupy z Generalnej Guberni (czy nie czyjeś obrączki lub złote zęby z getta), a może po prostu kanapki, jakie dała mu troskliwa Mutti na drogę? Może doczekamy czasów, gdy cały militarny złom stanie się materią sztuki, jak w niesamowitych (07) rzeźbiarskich reliefach Sandry Bromley i Wallisa Kendala. Szkoda, że zabrakło środków ministerialnych, by przywieść z Kanady do Warszawy, a następnie do Berlina, całą tę rzeźbiarską pacyfistyczną, utopijną instalację – pokój pospawany z broni, do którego można wejść.

Veronika Peddinghaus przedstawia wywiad z (08) Marią Wachter (ur. 1910). Ta opowiada nam, że nie widziała u swoich rodaków żadnego poważniejszego oporu wobec Hitlera (gdy robiliśmy pozytyw a la Libera na Friedrichstrasse, siedzący obok Niemiec wyrozumiale uśmiechał się). Bo może nie wypada być już tak pedantycznym w dociekliwości i pamiętliwości, jak ta była aktywistka Komunistycznej Partii Niemiec i antyfaszystowskiego Frontu Ludowego, w tym absolwentka międzynarodowej szkoły leninowskiej w Moskwie w latach 1935-37. Skoro w końcu wszyscy wtedy ginęli lub byli wypędzani? Czy nie lepiej robić wspólne biznesy?
W filmie Zdzisława Pacholskiego senator Andrzej Szczypiorski w towarzystwie Jana Lityńskiego wyznaje, że nie spodziewał się, że w swoim życiu dożyje wyjścia wojsk radzieckich z Polski. Cieszy się z powodu otwarcia nowego rozdziału w stosunkach polsko-radzieckich – lepszego (jakby były dobre rozdziały!): Przecież byliśmy sąsiadami, jesteśmy, będziemy! Musimy współżyć, musimy współpracować... Sama mowa zdradza tego miodoustego agenta bezpieki, uchodzącego długo w pewnych kręgach za autorytet moralny, gotowego wymyśleć z radości jeszcze jakiś madrygał. Nie wiemy, komu podajemy rękę – czy bohaterowi, jakim był Ryszard Siwiec dokonujący samospalenia w sprzeciwie przeciwko inwazji na Czechosłowację w 1968 roku, czy jakiemuś prokuratorowi, skazującemu w procesach stalinowskich patriotów, co przydarzyło się dawno temu (09) Jackowi Bąkowskiemu. Dziś akta IPN ukazały nam nowe tło i motywy pragmatyzmu senatora Szczypiorskiego – tego człowieka małej wiary. i czyż nie na tym pragmatyzmie – na tym nawoływaniu do miłosnego uścisku wszystkich ze wszystkimi (jak chce w swym malakologicznym, czyli zmiękczającym nas kiczu New Popu Łódź Kaliska) ma polegać współczesne zwycięstwo, jak w innej pracy Kahlena, gdy z kielicha (10) wypadają litery-ciasteczka układające się w napis Victory? a co z głosem tego zmiękczonego sumienia – w chwili śmierci? Wachter zdradza nam, że większość komunistów niemieckich fatalistycznie czekało na wojnę, bo po niej dopiero miała nadejść w Trzeciej Rzeszy rewolucja. Dlatego poważnego oporu nie było. Dla podtrzymania tego mizernego sprzeciwu w Bielefeld nie zdecydowała się pomóc parze Żydów na granicy holendersko-niemieckiej w przemycie bagażu. Mimo ówczesnych wątpliwości dziś wie, że postąpiła słusznie, choć tamci trafili do obozu koncentracyjnego. Co zatem począć ze skomplikowaną tożsamością zwischen Widerstand und Anpassung. Co z utraconą identycznością po obu stronach żelaznej kurtyny, o czym opowiadał w 1985 roku Henryk Gajewski na emigracji w Amsterdamie? Kto ma prawo to wszystko wycenić po latach? Kto ma osądzać tę niemonotoniczną logikę unieważniającą wszelkie kalkulacje i szlachetne intencje w sytuacji terroru? (10_0) Dłużniewski podchodzi do kwestii spokojnie i filozoficznie, kontemplując fenomen wszechobecnej gry. a Bruszewski krzyczy na wystawie i krzyczy...

Wystawa powinna na te pytania odpowiedzieć, choć w układzie typograficznym tytułu może sugerować, że mamy tu do czynienia po prostu ze zwycięstwem obrazu (ikonicznym zwrotem naszego humanizmu nihilistycznej cywilizacji obrazkowej i komputerowej translacji, skazującej realność na delete w ramach wirtualnej unifikacji – zob. dzieła Joanny Krzysztoń lub obrazki rozsyłane w mmsach i malowane później przez Edytę Jaworską - Kowalską). Byłoby to po prostu zwycięstwo wizualnej kultury konsumpcyjnej, propagowanej w ostatnich latach przez kolegów Marka Janiaka, a nie konkretnych obrazów, za którymi ukrywają się brzemienne sensy, etosy i patosy (Biskupskiej), satyryczne (jak w Retransmisji Rytki), ale też karnawałowe (jak w Rewolucji Krasnoludków Pomarańczowej Alternatywy z Majorem Frydrychem na czele). Atopię należało dobrze wyeksponować, ale ja bym pewne dzieła – jako nazbyt formalistyczne i neutralne w swym ludyzmie czy konceptyzmie – po prostu usunął z wystawy, wedle zasady Arystotelesa, że taka sztuka może tu być i nie być. Nie powiem nazwisk, bo artyści niczemu nie są tu winni, a ich koncepty byłyby właściwsze na inną okazję. Jednak kuratorzy piszą, że ich narracja o sztuce współczesnej była rozwijana na gruncie dziejowym. Przemiany polityczne decydowały o przemianie sztuki w formę przechodnią, dając jej stosowną materię, a nam moc pozwalającą spojrzeć nawet na formalistyczne czy konceptualne z istoty swej prace w inny sposób. Kluczowym przykładem jest przetworzony przez samego Żuka Piwkowskiego (11) Pierwszy film – ten z wychodzącymi z fabryki ludźmi, ukazujący, jak mniemam, narodziny i zwycięstwo ornamentu z ludzkiej masy w sensie Krakauera. Zapewne kuratorzy mają tu rację (ale pozwolę sobie dodać słówko ale...). Wystarczy, sugerują, powtórzyć (12) zwykły piec kaflowy z Galerii Wschodniej sfotografowany przez Tomasza Matuszaka czy przywołać chorobliwą manię porządku Jana Gryki, by uzyskać zmartwychwstanie demonicznych ikon z epoki totalitarnego porządku, tak bardzo destrukcyjnego dla podmiotowości (ukrytego nawet w banknotach, jak sugeruje Peddinghaus). To są sugestie istotne i przekonują mnie. Ale pojawia się niekiedy wrażenie ucieczki przestrzeni i nieco ryzykowna, nadmierna emulacja sensów. Za to grzechem wielkim jest pominięcie takich fundamentalnych dla tematu artystów, jak choćby Krzysztof M. Bednarski, Gruppa (jest tylko Ryszard Grzyb z postulatem, by uważać na czołg, i ze sloganem, że wolny rynek zniewala człowieka). Brak Zbigniewa Libery (obecny tylko jako (13) chłopak z pod trzepaka na świetnym portrecie Rolkego). Rozstrzygająca wszak ma być ta dziejowa perspektywa, zmiana naszego stosunku do historii, do siebie samych czy do pomników i przestrzeni z jej estetyką w ogóle, co śledzi Teresa Gierzyńska. Pewnie chciano zasugerować, że potrafimy bawić się formą, za którą już nie musi skrywać się cały Dekalog, jak u Gierowskiego? Gdy dopytywałem się Żuka Piwkowskiego o tę perspektywę, wytykając mu brak kluczowej tu pracy Lider Grzegorza Klamana, wydawało mi się, że ten krytyczny aspekt umknął mu zupełnie. a przecież Lech Wałęsa, wynajmujący się Ganleyowi za pieniądze, a właściwie kupczący swoją ikoną zwycięstwa, to jednoznaczny znak czasu, zwłaszcza dla zawistników i prawdziwych patriotów.

Rekonstruując zamysł generalnych kuratorów, trzeba przyznać, że Żuk Piwkowski reprezentuje wraz z Klarą Kopcińską, ale też na przykład z Jerzym Kaliną (14) (pokazał min. w piwnicy wariacje na temat autentycznych noszy z Powstania Warszawskiego obok podświetlonych sarkofagów ze styropianu, jakby z białego marmuru, a powyżej Cud nad Wisłą, czyli spanie na tymże styropianie ochotników, przeważnie artystów z Polski), pewien bardzo cenny w naszej polskim myśleniu o sztuce nurt, który można nazwać etycznym. Swego czasu taką etyczną historię sztuki proponował u nas Piotr Piotrowski, ale była ona oparta na skompromitowanym już w szerokich kręgach etosie komunizującej awangardy. Stąd narodziny etosu tzw. sztuki krytycznej. Kuratorzy Ikon Zwycięstwa zdecydowanie są tej manipulacji przeciwni. Opierają się na systemie wartości polskiej Solidarności, wiedząc, że tradycja ta stanowi potężny kapitał kulturotwórczy i że pozwala zdystansować się nie tylko wobec niechlubnej pamięci komunizującej lewicy artystycznej, ale i postawić tamę nowej lewicowej brewerii i sztuki skandalizującej. Sekunduje im w tym od wielu lat Andrzej Mitan ze swym Polskim Poematem Dydaktycznym (razem z Tadeuszem Sudnikiem na wernisażu). Jeśli już miałby pojawić się krytycyzm, to tak niejednoznaczny, jak w akcie celebracji wieszania flagi narodowej w filmie Michała Brzezińskiego. Wieszają ją urzędowo wynajęci pracownicy, a artysta ukazuje ten akt w zwolnionym tempie i przy akompaniamencie uwznioślającej muzyki. Nie wiadomo, czy śmieje się czy ubolewa z powodu, że ani tu śladu patriotycznej świadomości? Ten nurt parakrytyczny, czy raczej jego cień, pojawia się tylko potencjalnie, we wspomnianych portretach plejady gwiazd polskiej sztuki autorstwa Rolkego (notabene świetny pomysł, by pokazać Niemcom, że i my mamy nieodkryte przez nich artystyczne osobistości mogące wystąpić obok (15) Beuysa). Będąc ostatnio w Brukseli, widziałem świetną wystawę fotografii, której bohaterami byli właśnie wybitni twórcy włoskiej kultury. Uważam to więc za doskonały pomysł, by pokazać polskie indywidualności i oddać im głos. Sprzymierzeńcem kuratorów okazuje się tu tytan nad tytany – Robakowski, niedoceniony u nas jako rezonujący historyk sztuki. Potrafi on niekiedy genialnie ocenić patos wielkiej tradycji awangardowej, a zarazem ukazać jak chyba nikt totalitarną przemoc modernizmu, będąc zarazem prześmiewcą PRL-u jako bękarta tej modernizacji. Od wielu dekad odgrywa z kolegami farsę artysty zza żelaznej kurtyny (jak w asteicznej parodii rozmowy (16) pijanego ojca z synem w realizacji Alexandra Honorego). Do tego wątku dodałbym też interesujący pomysł Dominiki Truszczyńskiej, by podjąć próbę spojrzenia na rzeczywistość oczami Hasiora – artysty uchodzącego w niektórych kręgach za zbytnio uwikłanego w mechanizmy kariery PRL-u. w tym kontekście polskiego panteonu przypomniano też (17) kolekcję Marka Niemirskiego z muzyczną transkrypcją (autorstwa Łukasza Borowickiego) 60 odcisków palców – pierwotnie takich geniuszy, jak Dróżdż, Winiarski, Kamoji czy Partum, uzupełnioną dziś o twórców młodszych, jak choćby Ryszard Ługowski (pokazał min. apokaliptyczny żart ze srebrnym globem i przecinającym ten piękny widok odrzutowcem, trującym nas czarnymi spalinami). Takie pomysły miały z pewnością ożywić wystawę asteizmem i nieco złagodzić jej doniosłą historycznie powagę, przełamując nieco dramaturgię śladu, jaki pozostawiamy po sobie w dziejach (wspomnij memento Kahlena!).

Co do uzupełnienia kwestii panteonu, to Żuk Piwkowski wydaje się immunizowany na niektóre dominujące na naszym polskim podwórku koterie. Dlatego on i jego przyjaciele zrezygnowali z wielu artystów, którzy zostali już przez system instytucjonalny i aparat państwowy wyeksploatowani jako sławy przewijające się na wystawach, w galeriach i w mediach, lub jako wiodący skandaliści (Grzegorz Kowalski został ukazany wyłącznie jako patron polskiej obsceny w obiektywie Rolkego, a dorobek jego uczniów – Althamera, Kozyry czy Żmijewskiego – zupełnie tu zignorowano jako ślepe uliczki polskiej sztuki, podobne do innych ślepych uliczek: sztuka religijna lat 80. w stylu Boruty, sztuka krytyczna lat 90. w stylu Klamana, następnie feministyczna czy gejowska etc.). Żuk Piwkowski uważa, że są to wtórne podziały, używane w celach reklamowych, marketingowych i ideologicznych. Głosi więc hasło: Sztuka jest najważniejsza! Jego zdaniem do sztuki należy podchodzić bardziej kompleksowo i rozpatrywać ją w odniesieniu do rzeczywistości, do ważnych społecznie i historycznie kwestii. Sztuka może z nich czerpać moc, podobnie jak sama z siebie, ale musi dawać szansę widzowi, by mógł z niej czerpać coś pożytecznego dla siebie, a nie bezwartościowe toksyny jako chwilowo podniecające prochy. Sztuka ma wartość poznawczą. Ponadto, sztuka najlepiej łagodzi obyczaje. w tym społecznym oddziaływaniu jest ona jako forma komunikacji niezastąpiona. Sztuka musi wiązać się zatem z odpowiedzialnością. Nie może być pustym epatowaniem perwersją czy skandalem dla próżnego rozgłosu (stąd wiele wykluczonych sław na wystawie – świadoma decyzja!). Zapytany, czy perspektywa Świdzińskiego byłaby zgodna z jego podejściem, odpowiada, że nie zastanawiał się nad nią, ale nie wyklucza tu zbieżności. w praktyce jednak postawa Piwkowskiego jest bardziej niezależna od kontekstualizmu i nieco ryzykowna metodologicznie. Wprawdzie pokazuje się witalizm polskiej sztuki (np. film Połoma o twórczości z lat 80., o sławnym przecież Robakowskim głoszącym program Sztuka to potęga, o słynnej Konstrukcji w procesie jako dorobku kręgu Ryszarda Waśki etc.), a do tego aktywizuje innych ludzi mniej znanych, a wybitnych i utalentowanych, pomysłowych i z poczuciem humoru pasjonatów sztuki, jak Jan Pieniążek, niemniej taktyka ta również może prowadzić z jednej strony do wprawdzie mniej opatrzonej, ale jednak ludycznej przypadkowości, a z drugiej do innej formy ekskluzywizmu towarzyskiego. Należałoby raczej zawsze przy takiej ważnej okazji, gdy chodzi o reprezentację polskiej kultury na zewnątrz, wzbijać się ponad swobodną grę wyobraźni i inne ograniczenia. Chodzi przecież o święto Solidarności, na które powinniśmy zaprosić sławnych i dotąd pomijanych czy wręcz celowo wykluczanych. Byłoby to wspólne zwycięstwo i nasza ikona zwycięstwa.

Pamiętajmy o ograniczeniach. a te dają o sobie znać na każdym kroku, co widzieliśmy na państwowych obchodach.  i z najbardziej nawet niespodziewanej strony, o czym świadczy przypadek Kuśmirowskiego. Tego utalentowanego iluzjonistę i fałszerza rzeczywistości niejako wyjęto ze składu Żuka Piwkowskiego, o czym mi z irytacją opowiadał. Kuśmirowski był w spisie szykując dla Żuka realizację. w pewnym momencie przestał się odzywać. Bynajmniej nie umarł i nie zachorował. Po prostu, jak to się mówi, olał kuratorów. Wbrew pierwotnej wspólnej inicjatywie, Kuśmirowskiego pokazano właśnie ekskluzywnie w berlińskim Polskim Instytucie (wcześniej przechwycono Ciołka i Niedenthala, chociaż ci nie wycofali się z Ikon, bo dogadali się z Żukiem). Zamiast połączyć siły, jak planowano i o co zabiegał Piwkowski, by mocniej wystąpić w Berlinie i by dobrze rozpropagować wielką inicjatywę Ikon Zwycięstwa, zaserwowano niepojęty zupełnie separatyzm. Zignorowano doniosłość chwili i potrzebę wspólnej inicjatywy, grzebiąc etykę Solidarności, którą szczycą się – oby nie fasadowo – władze RP. a przecież takich wystawek, jak Kuśmirowskiego, można robić bez liku. Wielkiej kontekstualnej inicjatywy nie godziło się więc torpedować, tym bardziej przez oficjalną instytucję kultury państwa polskiego. Zamiast pomóc, chcieli podobno od Żuka wyciągnąć jeszcze pieniądze za dystrybucję ulotek (przykra sprawa!). Tu może potrzebny jest apel do pana ministra Zdrojewskiego, by coś z tym zrobił, dając ostrzeżenie technostrukturze pracującej w placówkach poza granicami kraju. Niechże urzędnicy wykazują się w przyszłości większą dyplomacją i zrozumieniem naszego interesu (od mistrza mimikry tego nie wymagajmy, rozumiejąc, że musi działać egoistycznie i bezwzględnie, dla dobra swojej sztuki znalezionej na pchlim targu, a zatytułowanej Robert Kuśmirowski 1939-2009, 01.09.2009, godz.19:00, Polski Instytut, Burgstr. 27). Żuk Piwkowski padł więc ofiarą swojej maksymy: Sztuka jest najważniejsza!

Tymczasem mimo trudności i klęsk kuratorzy SIEGesIKONen próbowali ten etos Solidarności rozwijać. Dobitnie świadczy o tym dobór większości dzieł komentujących potężną rolę przemian dekady 1980-89. Zadbano o ukazanie ówczesnej pomysłowości naszej sztuki plakatowej, w oparciu o kolekcję Jerzego Brukwickiego. Niewątpliwie potężną stroną wystawy jest fotografia – wybitnie artystyczna, ale i użytkowa (dokumentacyjna, reportażowa, stanowiąca wsad dziejowy, który oplata swą inwencją sztuka), by wymienić świetny materiał udostępniony przez (18) Erazma Ciołka, Jerzego Kośnika, ogromna prezentacja fotografii (19) Chrisa Niedenthala, zdjęcia Krzysztofa Wojciechowskiego czy (20) Mirosława Stępniaka. Są w tym zbiorze perełki – (21) ksiądz czy raczej agent przemawiający przez megafon z wozu ZOMO. Jest to tym ciekawsze, że konteksty ukazujące charakter PRL-u, martyrologię i pokojowy zryw narodowo-wyzwoleńczy, skonfrontowano z jego skutkami, pokazując oblicze pokolenia walczącego z systemem w konfrontacji z wolnymi już jakoby obywatelami (choć na takich nie zawsze wyglądają na (22) portretach Michała Wasążnika). Wszyscy mogą się cieszyć zdobyczami demokracji. Już bez tych niezbędnych dziejowych, nostalgicznych czy melancholijnych obciążeń, jak (23) wzruszająca rodzinna fotografia Wojciechowskiego z kobietami i gołąbkami, zrobiona miesiąc przed napaścią Hitlera na Polskę, bez wiary w zaskakującego swą charyzmą i jeszcze bardziej aktorstwem (24) Jana Pawła na białym koniu jako długo oczekiwanego generała Andersa. To nowe życie manifestuje się w anomicznych obyczajach, jakie niosą najnowsze subkultury: feministyczne, gejowskie i czort wie, jakie jeszcze, jak powiedziałby Witkacy - autor Jedynego wyjścia (1932-33): Nie było żadnej intelektualnej atmosfery – paru błaznów spotworniałych w podlizywaniu się zidiociałym tłumom w imię zaropiałej już lekkości i w imię zjełczałego dawno, wskutek nadużyć, dowcipu (co to więcej jest wart niż najmędrsze, panie dziejku, nudne, ciężkie, „niemieckie” traktaty) stroiło jeszcze ohydne miny na jakimś dawnym pra-podium narodowego pseudowisielczego humorku. Rzygało wszystko jedno na drugie – nikt nie czuł już smrodu – ostatni proszący dowcipu i wesołości coûte que coûte twierdzili uparcie, że ciągle za mało jeszcze śmierdzi, i wypuszczali dalej swoje mdlące potwornym niepachem gazy.

Jakże aktualna to diagnoza. Stąd Oda do Naroda, (25) bo pierwszym uderzeniem wystawy – na wejściu – (26) były roznegliżowane damy na lodach Łodzi Kaliskiej, propagującej od paru lat swój New Pop jako nowy typ socjalizacji proponowany dla tej części Europy, pogrążonej w szowinizmach i nacjonalizmach, jak i w romantycznych mrzonkach o kulturowej autarkii. Coraz mniej takich wysp, jak (27) wieś Mieleszki pod białoruską granicą, której społeczność sfotografował Paweł Grześ. Są to dla samozwańczych modernizatorów narodu i głosicieli New Popu jakby podludzie, już wkrótce skazani na kulturowe wytępienie. (28) Oto zwłoki tej wymierającej kultury wystawione przed chatą – na pokaz próżnych turystów. Ten straszliwy New Deal jest zwycięski i obecny na wystawie, choć też sugeruje się, jakoby był wstydliwie skrywany pod znanym nam słynnym okrągłym stołem. Taka wydaje się diagnoza tercetu Adama Klimczaka, Vardy Getzow i będącego tu dla mnie odkryciem Wiktora Polaka. Ten ostatni czytać chce bajki dzieciom w telewizji, siedząc (29) nagi wśród lalek na kanapie. Ukrył się jednak ze swymi wątpliwymi pomysłami i skłonnościami pod tym wyjątkowo czcigodnym meblem tak, jak znacznie już zdemoralizowana Łódź Kaliska pod etyką politycznej poprawności.

Każdy i każdy język – jak powiada Marek Glinkowski – inaczej pamięta, inaczej rozumie historię i wartości etc. Gdy Jaśmina Wójcik zabawia się nad morzem, nie musi już rozumieć, czym ono było dla pokolenia Eugeniusza Kwiatkowskiego, budującego port w Gdyni. Możemy tylko próbować odgrywać dawne role, wcielając się w historyczne kostiumy z totalitarnej epoki, jak sugeruje Bettina Cohnen czy Jacek Bonecki w fotografii inscenizacji (30) desantu w Normandii ... na Helu (rekompensuje on tu nieobecność pozytywów Libery, które ja ze szwagrem spróbowałem nieudolnie zastąpić). Bo ci, co osobiście nie przeżyli klęski i zwycięstwa, reprodukują tylko cudzą pamięć, jak w dzieciństwie Tomasz Sikorski rysujący Bitwę pod Grunwaldem, a dziś świadomie biorący udział w grze o historyczną pamięć i redystrybucję stereotypów oraz ambicji w projektach nowych flag dla Europy (31) i w anatomii ambientu jakby idealnej niemieckiej patriotki, ucieleśnianej dziś przez Erikę Steinbach (Gute Frau). Flagami zabawia się też Paweł Susid, ale raczej pod kątem formalnym, typologicznym i krajoznawczym (w aspekcie barwnej rozrzutności danych społeczności, niczym Malewicz w swej ekonomii koloru). Inny jeszcze stosunek do flagi ma Krzysztof Wojciechowski, pokazujący film z niszczejącą flagą Polski, która odrasta na wietrze (o Brzezińskim już wspomniałem).

Szkoda, że nie można omówić tu szczegółowo wymienionych prac. Wielu artystów i wiele kapitalnych dzieł zostało w tej recenzji pominiętych, ale znajdą one zapewne dobrą prezentację i interpretację w katalogu wystawy. Jej pragmatyczny sens najlepiej chyba oddał emigrant, od 1963 roku w Chicago, absolwent łódzkiej filmówki – Wojtek Sawa. Jego pierwszego spotkałem podczas zwiedzania, oglądając zbiór historii ludzkich pt. Podaruj zmarszczkę – podaruj opowieść. Podczas wernisażu zademonstrował performance (32) Burden – Obciążenie – Belastung. Idąc przez życie, nabieramy obciążeń. Więc każdy mógł ulżyć performerowi (Michał Molka), odklejając mu z głowy kamyk z odpowiednią adnotacją: żal, zalęknienie, rezygnacja, by przyczepić do ściany. Zwykle to człowieka stawia się pod ścianą. To bardzo piękna, klarowna, zwięzła, terapeutyczna idea. Kunst macht frei! – powiedzmy za Jerzym Kaliną, przytaczając ten powtarzany i przez innych slogan. Mnie ta wystawa w jednym miejscu ulżyła, w innym dociążyła swym balastem (chodzi głównie o grzechy technostruktury, które od lat piętnuję). Ponadto, ukradziono telewizor i rzutnik pożyczony od Ługowskiego (co przełamuje pewien niemiecki stereotyp o Polakach i stanowi ich małe zwycięstwo nad pysznymi Germanami). Jest jak jest! (na przykład na Friedrichstrasse) – uczy stary mędrzec Świdziński, który mógłby być patronem tej kontekstualnej, interesującej, zrobionej z rozmachem wystawy.
 

  • data publikacji w serwisie: 2009-07-01
    autor: Janusz Zagrodzki
    W artyście wszystko dzieje się jednocześnie, wszystko współpracuje, myśl z namiętnością, życie z wartościowaniem i rozumieniem życia, żądza osobistego sukcesu z wymogami stwarzającego się utworu, wymogi utworu z uniwersalną prawdą.Witold Gombrowicz „Testament”(1968)Nieczęsto zdarza się, aby wybitny twórca pozostawił narodowi testament. Jest to dokument gorzki, pełen krytycznych uwag,

  • data publikacji w serwisie: 2009-07-25
    autor: Klara Kopcińska
    IKONY ZWYCIĘSTWA – transFORM100 artystów o czasie i transformacjiMówiąc “transformacja”, mamy zwykle na myśli czas przemian ustrojowych, który można z grubsza zamknąć między rokiem 1980 (Solidarność w Polsce) a połową lat 90., do kiedy to dokonała się większość istotnych reform we wschodniej części Europy. Ale przecież można powiedzieć, że stale jesteśmy w fazie transformacji: na